Subskrybuj nasz newsletter
O latającej myszy, dziecięcych snach i magii wyobraźni
O niepokornych marzycielach, wymyślaniu bajek dla córki i zerkaniu przez kolorowe szkiełko opowiada Joanna Wachowiak, autorka Opowiastek dla małych uszu, O czym nie śniło się dorosłym, Ja chyba śnię oraz Kota kameleona, który otrzymał nominację literacką polskiej sekcji IBBY do tytułu "Książka roku".

BM: Podobno pierwsze utwory pisała Pani jeszcze w dzieciństwie – dla brata. Czy jakaś ich część przetrwała? Może stanowią inspirację wydawanych obecnie tekstów?

Joanna Wachowiak: Tych spisanych utworów było niewiele i nie przetrwał żaden. Przede wszystkim jednak były to historie opowiadane przed zaśnięciem, gdy leżeliśmy w swoich łóżkach. Jak przez mgłę pamiętam wierszyk o kotku, który brat umiał nawet na pamięć, poza tym – nic. Potem zamieszkaliśmy w osobnych pokojach, brat podrósł – i skończyło się wieczorne snucie opowieści. Historia jednak powtórzyła się, gdy zostałam mamą: moja córka nie potrafiła zasnąć bez opowiadania, a czytanie nie wchodziło w grę, bo wymagałoby włączenia lampy. Opowiadałam więc, wymyślałam, aż dotarło do mnie, że przychodzi mi to bez specjalnej trudności, a na dodatek sprawia mi przyjemność.

BM: Kto jest pierwszym czytelnikiem Pani książek?

JW: Pierwszym czytelnikiem jest mąż i jego opinia bardzo się dla mnie liczy. Jednak dostaje do rąk taki materiał, który uważam za ukończony, wcześniej nikomu nie pokazuję ani szkicu, ani kolejnych wersji tekstu. Bywa, że mąż czyta go potem córce – przed zaśnięciem, jakżeby inaczej. Oczywiście interesuje mnie, jak tekst odebrała i czy się jej podobał. Przede wszystkim jednak ufam swojemu osądowi i on jest dla mnie najważniejszy: bywa że córce i mężowi tekst się podoba, ale mnie coś nie w pełni odpowiada, coś uwiera. Poprawiam więc tak długo, aż to odczucie zniknie.

BM: Czy mieszkając pod lasem, szuka w nim Pani czasem natchnienia? Czy okolica, w jakiej Pani mieszka miała wpływ na to, że bohaterami Opowiastek dla małych uszu są m.in. mysz, zając, jeż czy żaba?

JW: W lesie przede wszystkim szukam WYTCHNIENIA... Zwierzęta są dla nas naturalną częścią otoczenia, nic dziwnego, że wskoczyły i na karty Opowiastek.

BM: Tak naprawdę – jeżeli chciałoby się odnieść do książki jako całości – trudno sformułować pytania dotyczące Opowiastek dla małych uszu. Bo przecież każda ze znajdujących się tu historyjek może stanowić początek oddzielnej rozmowy. Zapytam więc tak: czy ma Pani swoją ulubioną opowiastkę?

JW: Szczególnie jest mi bliska ta o żabie, która marzyła o skoku na księżyc i nie dawała się zniechęcić – podobają mi się takie niepokorne charaktery. Lubię też opowiadanie o króliku, który wyrusza na poszukiwanie nowego domu, bo mu norka obrzydła. Ja w nim widzę kogoś, kto musi sprawdzić, dotknąć, sparzyć się nawet, ale samodzielnie odkryć swoją prawdę.

BM: Przyznam, że ja najczęściej wracam do Latającej myszy. A czy Pani zna kogoś, komu siłą marzeń, pracy i wytrwałości udało się osiągnąć coś z pozoru niemożliwego? A może sama Pani może podzielić się takimi doświadczeniami?

JW: Chyba każdy ma na swoim koncie tego rodzaju doświadczenia. Oczywiście do wyobraźni najbardziej przemawiają historie wielkich wyczynów i osiągnięć, myślę jednak, że nie skala jest ważna, tylko ile to doświadczenie znaczy dla nas. Mój osobisty Mount Everest to może być mała górka dla kogoś innego.

Ale tym pytaniem uświadomiła mi pani, że motyw pokonywania własnych ograniczeń jest dla mnie ważny – wraca też w jednej z Historyjek dla małych uszu. Jest ona oparta na autentycznym zdarzeniu: pewna kanadyjska biegaczka zwyciężyła w biegu maratońskim... dzięki swojej pomyłce, bo chciała przebiec krótszy dystans, a nie pełną trasę. Dla mnie to jest szalenie inspirujące – w każdym znaczeniu. Chciałam o tym opowiedzieć dzieciom.

BM: Pani opowiadania, zwłaszcza te zawarte w O czym nie śniło się dorosłym oraz Ja chyba śnię, wydają się zachęcać, by puścić wodze wyobraźni, niejako przekroczyć własną perspektywę patrzenia na świat. Skłaniają do zastanowienia: jak to jest być kamieniem? Czy psu wolno więcej niż dziecku? Jakby to było być dorosłym? Mogę więc chyba pozwolić sobie na nieco abstrakcyjne pytanie: chciałaby Pani znów być małą dziewczynką?

JW: W jednym z opowiadań z tego zbioru Bartek marzy o tym, żeby stać się dorosłym – i gdy mu się to udaje, oczywiście we śnie, przekonuje się jak dalece jego wyobrażenia o zaletach dorosłości odbiegają od prawdy. Myślę, że nie inaczej byłoby z powrotem do dzieciństwa. Bycie dzieckiem to jednak także zależność od dorosłych, różne zakazy, nakazy, ograniczenia. Według mnie ideałem jest być dorosłym, ale nie do końca poważnym.

BM: Wbrew pozorom Pani książki nie są skierowane tylko do dzieci, prawda? Mnie szczególnie zapadły w pamięć Ręce mamy, ale z pewnością wielu rodziców – a także cioć i babć – powinno przemyśleć chociażby Koszmarny sen mamy. Przyzna Pani jednak, że na co dzień trudno zaakceptować fakt, że jak jest porządek, to nie ma zabawy! Pani udaje się o tym pamiętać i nie denerwować, gdy zabawki leżą… nie tam, gdzie powinny?

JW: Piszę książki z myślą o dzieciach, ale miło mi, jeśli i dorośli widzą w nich coś dla siebie. Co do bałaganu, tak długo jak trwa zabawa, nie przeszkadza mi on. Zabawa dziecka to twórcza działalność, nie przychodzi mi do głowy ograniczać ją z powodu nieporządku. Sprząta się później. Nie mam z tym problemu, o ile nie oznacza to rujnowania domu albo nie jest niebezpieczne. Gdy pracuję, na moim biurku też powstaje bałagan...

BM: Na szczególną uwagę zasługują również Niebezpieczne skutki straszenia dzieci. Czy Pani zdarzało się być nadopiekuńczą mamą, która próbowała uchronić córkę przed wszystkimi możliwymi zagrożeniami? A może inspirację do napisania tego opowiadania stanowiło zachowanie jakiejś konkretnej osoby?

JW: Przyznam, że tak, zdarza mi się, choć sama w swoim zachowaniu zwykle nadopiekuńczości nie dostrzegam – dopiero mąż uświadamia mi, w czym przesadzam. Ja z kolei widzę nadopiekuńczość w zachowaniu babci, która oczywiście uważa je za w pełni uzasadnione i racjonalne. Dobrze więc przejrzeć się w cudzych oczach albo w krzywym zwierciadle.

BM: Wracając do Rąk mamy – co zrobić, by wystarczały nam te dwie ręce, które posiadamy? Jak w coraz bardziej rozpędzonym świecie, kiedy ilość obowiązków przekracza często nasze czasowe możliwości, odnaleźć jeszcze czas na wesołą, beztroską zabawę z dziećmi?

JW: Też raz po raz zadaję sobie to pytanie, ale odpowiedź jest chyba bardzo prosta... Trzeba się w tym pędzie zatrzymać albo mocno zwolnić. W końcu rzadko co jest tak ważne i wartościowe jak czas poświęcony na zabawę czy rozmowę z dziećmi. Korzyści są zresztą obopólne.
przeczytaj recenzję
Kot kameleon


BM: Wydany w ubiegłym roku Kot kameleon wydaje się być adresowany do nieco starszych dzieci – takich, które rozpoczęły już szkolną edukację. Czy wiąże się to głównie z wiekiem Pani córki, czy zadecydował temat, historia, którą chciała Pani opowiedzieć?

JW: Najpierw była historia, którą chciałam opowiedzieć, a właściwie pierwsze były obrazy, które pojawiały mi się w głowie, gdy patrzyłam przez własne okno – takie surrealistyczne metamorfozy. Książkowa Natalia pierwotnie była młodsza, ale dość szybko okazało się, że to nie pasuje, coś nie gra, musiałam więc dodać jej kilka lat. Wtedy automatycznie zmienił się klimat opowieści, pociągnęło to za sobą zmianę innych szczegółów, musiałam dostosować język... Właściwie to już nie była przeróbka, tylko uszycie tej historii od nowa.

BM: Czy pisząc o niezwykłej mocy wyobraźni chciała Pani stworzyć pewnego rodzaju alternatywę dla szczególnie modnego w „epoce” Harry Pottera tematu magii i czarów?

JW: Mnie po prostu interesuje inna opowieść: taka, w której los bohatera nie odmienia się dzięki dobrej wróżce.

BM: Czy zna Pani dorosłych, którzy – w przeciwieństwie do mamy Natalii – nie stracili zdolności spoglądania na świat przez kolorowe szkiełko, widzenia więcej niż inni?

JW: Mam nadzieję, że takich osób jest więcej, niż się wydaje, a jeśli ktoś sam tak patrzeć nie potrafi, jest przynajmniej ciekaw tego, co widzą inni.

BM: Może do takich osób należy pani Emilia Dziubak, ilustratorka Kota kameleona? Stworzone przez nią obrazki wydają się być owiane aurą pewnej tajemniczości, magii.

JW: Tak, Emilia to świetny przykład. A ilustratorki rzeczywiście w jakiś tajemniczy sposób czytają między wierszami. Zabawna historia przydarzyła się na przykład przy tworzeniu książki Ja chyba śnię. Jola Richter – Magnuszewska przysłała mi rysunki do kolejnego rozdziału i ze zdumieniem stwierdziłam, że ciocia Bartka została przedstawiona jako rudowłosa pani o kobiecej figurze. Czy ja ją tak opisałam? - zastanawiałam się. Sprawdziłam – nie, w tekście ani słowa na temat cech fizycznych. A ta postać jest wzorowana na rzeczywistej, i ta rzeczywista... dokładnie tak wygląda. Zgadza się nawet odcień włosów i fryzura! Jola stwierdziła, że gdy tylko przeczytała tekst, wiedziała że ciocia tak właśnie musi być narysowana.

BM: A jaki jest Pani wpływ na wybór ilustratora i szaty graficznej książki? Czy poznała Pani osobiście ilustratorów swoich książek?

JW: O wyborze ilustratora i szaty graficznej decyduje wydawnictwo. Miewam sugestie, których pani Elżbieta nie puszcza mimo uszu, ale to do niej – wydawcy – należy decyzja. Nie widziałam nigdy potrzeby, aby jakoś wpływać na kształt ilustracji. Przeciwnie, zawsze jestem ciekawa tego, jak sceny przemówią do ilustratorów, jaki wybiorą styl, jakie narzędzia.

Z Jolą Richter – Magnuszewską łączą mnie już dwie książki, wkrótce będą to trzy. Nie spotkałyśmy się dotąd, ale kontaktujemy się i jesteśmy w dość zażyłych stosunkach. Mam nadzieję, że uda nam się je pogłębić, bo mocno mi się zdaje, że my jesteśmy z jednej bajki.

BM: Czy pracę nad którąś z dotychczasowych książek wspomina Pani w sposób szczególny?

JW: Wielką przyjemność sprawiało mi tworzenie opowiadań o przedszkolaku Bartku. Lubię tego bohatera – rezolutnego, z fantazją. Dzięki temu chciało mi się do niego wracać – niedługo ukaże się trzecia część jego przygód.

Kilka historii zawartych w pierwszym tomie powstało na potrzeby zabawienia chorej córki – bardzo się jej spodobały, chcąc nie chcąc musiałam je opowiadać po kilka razy. I następnego dnia, i następnego... Było to dla mnie ważnym doświadczeniem widzieć reakcję na swoje opowieści. Piszę też nie dla pisania albo dla siebie samej, bez odbiorcy nie ma to dla mnie sensu.

BM: Nakładem wydawnictwa BIS ukażą się niebawem Historyjki dla małych uszu. Sądząc po tytule i okładce, można przypuszczać, że są one utrzymane w tej samej konwencji co Opowiastki… Wspomniała Pani o kontynuacji serii opowiadań o snach Bartka. A jaki będzie kolejny krok? Ma Pani pomysły na następne publikacje? Może już powstaje jakiś tekst?

JW: Tak, czekam na Historyjki, czekam też na trzecią część przygód przedszkolaka Bartka, do której właśnie powstają ilustracje. Myślami jestem przy innej historii, która jest już prawie ukończona. Pomysł na kolejną też jest, mam nawet solidnie opracowany szkic. Nie narzekam na brak pomysłów, brakuje mi tylko czasu na ich realizację.

BM: No właśnie – przecież swoją literacką działalność łączy Pani z pracą zawodową, wykładami na uniwersytecie. A jak na Pani publikacje dla najmłodszych reagują studenci? Zdarza się, że do nich w jakiś sposób nawiązują (np. podczas egzaminów)?

JW: W czasach Internetu trudno coś ukryć. Musiałam zresztą przyznać się studentom do swojej pisarskiej działalności – abym mogła wyjechać do Warszawy na uroczystość wręczenia nagród IBBY trzeba było przeorganizować zajęcia i informacja im się należała. Przyjęli to z sympatią, z życzliwym rozbawieniem, więcej do tematu nie wracaliśmy.

BM: A czy przyjaciele Pani córki wiedzą, że jej mama jest pisarką? Zdarza się, że przychodzą po autografy albo dopytują o kolejne książki?

JW: Dla koleżanek i kolegów mojej córki jestem po prostu jej mamą. I bardzo dobrze.

BM: Po jakie książki najchętniej sięga Pani razem z córką? Czytuje jej Pani swoje ulubione opowieści z dzieciństwa?

JW: Szczerze mówiąc szukam dla córki takich książek, przy których czy to ja, czy mój mąż nie nudzimy się czytając na głos... Czyli po prostu dobrej literatury dziecięcej. Jest z czego wybierać. Ze starszych pozycji był już i Kubuś Puchatek, i Karolcia, której moja córka jest imienniczką, i Dzieci z Bullerbyn - bardzo mi zależało, żeby poznała te pozycje. Do Baśni Andersena i ukochanych przeze mnie w dzieciństwie Klechd sezamowych musi jednak jeszcze podrosnąć.


Joanna Wachowiak
Doktor nauk humanistycznych, wykładowca na uniwersytecie. Pierwsze utwory pisała w dzieciństwie, dla brata. Potem o pisaniu na długo zapomniała, aż znów pojawił się ktoś, kto domagał się opowieści. Mieszka pod lasem z mężem, córką i psem. Latem lubi zimę, zimą lubi lato, tylko wiosnę – zawsze. (Źródło: http://blog.joannawachowiak.com/about/)



KOMENTARZE


KATALOGI
 
Projekty
PROMUJEMY


WSPÓŁPRACUJEMY

Copyright by Biblioteczka Malucha 2010-2017, Kontakt: redakcja@biblioteczkamalucha.pl
Korzystamy z ciasteczek w przyjaznych zamiarach, poznaj naszą politykę prywatności.