Subskrybuj nasz newsletter
O baśniach, kangurze i przyjaźni życia
Osoba o jednej twarzy i wielu zawodach. Żyje z niewolniczej pracy swojego pióra. Pisze dla radia (uzbierało się 25 słuchowisk), dla teatru (18 sztuk), dla prasy (ok. 100 recenzji m.in. w Teatrze Lalek, Teatrze, Dialogu i Nowych Książkach), dla wydawnictw (20 książek i kilkanaście tomów przekładów z języków - bułgarskiego, angielskiego i chorwackiego) i dla własnej przyjemności.*
Liliana Bardijewska – autorka, tłumaczka, krytyk literacki i teatralny – opowiada nam o swojej twórczości. O baśniowych i translatorskich nauczycielach pisania, prawdziwych przyjaciołach, zaciekawieniu innością, domach, które zdradzają swoje historie i sentymencie do Kubusia Puchatka.


Biblioteczka Malucha: W ostatnim czasie Wydawnictwo Jedność wydało wiele baśni w Pani interpretacji. Co najbardziej ceni Pani w tych wiekowych historiach? Dlaczego warto opowiadać je wciąż na nowo?

Bo na początku była baśń. Dopiero z niej wyrosły inne formy literackie i nie tylko literackie - od powieści poczynając, poprzez film i teatr, po operę, operetkę i musical. Na każdym kroku spotykamy znajomych bohaterów - poniewierane Kopciuszki, które stają się księżniczkami, złe macochy i podstępne czarownice, które ponoszą zasłużoną karę, Głupich Jasiów, którzy okazują się najmądrzejsi. To właśnie w baśni narodziły się zalążki melodramatu, komedii, thrillera czy horroru. Jej pierwszymi odbiorcami/słuchaczami bynajmniej nie były dzieci. Jednym słowem - wszyscy wyrastamy z baśni:)

BM: A jak Pani poznawała baśnie? Z jakiegoś konkretnego zbioru, z czyichś opowiadań czy szukając materiałów do własnych książek?

Pierwszymi moimi przewodnikami po świecie baśni byli Bracia Grimm. Potem przyszła kolej na Andersena, którego trzy PIW-owskie tomy znałam prawie na pamięć. Łącznie z moją ulubioną „Księżniczką na ziarnku grochu.Stopniowo baśń stała się też moją szkołą warsztatu literackiego. Ona właśnie nauczyła mnie budowania żelaznej dramaturgicznej konstrukcji, ubierania problemu w fabułę, a także unikania dydaktyzmu i mentorstwa.

BM: Bazyliszek to straszny stwór, który wykluł się z jaja złożonego przez koguta, a wysiedzianego przez węża. Czy jego historia – przynajmniej w wersji dla dzieci – nie mogłaby zostać nieco złagodzona?

Ależ dzieci lubią się bać:) Oczywiście żartuję. Myślę, że najlepszy jest złoty środek - nie zastraszyć odbiorcy, ale też go nie przesłodzić. Chcemy tego, czy nie - dzieci także w życiu stykają się np. z problemem śmierci. Trudno, żeby baśnie ten temat omijały. Największy kłopot miałam z zakończeniem opowieści o Janosiku. Powieszony na rynku za żebro... Brzmi przerażająco nawet dla dorosłego! Ciężar tej sceny udało mi się przerzucić na galopujących z Wiednia zbójników z cesarskim dekretem łaski i na ciupagę, która wyłamuje kolejne wrota, by uwolnić Janosika. Nie zdążyli, ale Janosik wciąż żyje... w legendzie.

A Popiel zjedzony przez myszy? Też horror! Tu pomogła szczypta humoru. To moja najnowsza trawestacja - zapraszam do lektury późną jesienią.

BM: W rzeczywistości, inaczej niż w baśniach, straconych chwil nie da się odzyskać. Jaki jest Pani sposób, by nie gubić czasu (jak to poniekąd zdarzyło się Ślimakowi Lazurowi)?
przeczytaj recenzję
Baśnie polskie. Smok Wawelski


Nie rozstaję się z bohaterami książki lub sztuki, nad którą aktualnie pracuję. Jeżdżą ze mną na spotkania autorskie, na warsztaty dramaturgiczne i na wakacje, chodzą ze mną do teatru, na zakupy, gotują, sprzątają, czytają ze mną inne książki, oglądają filmy. I nieustannie mi o sobie opowiadają. A kiedy opowiedzą już wszystko, wtedy siadam w fotelu i spisuję ich opowieści. Nie mam czasu na nudę i na... stratę czasu

BM: Lubi Pani podsłuchiwać, o czym szumią muszle? Czy ich opowieści spisywała Pani nad morzem?

Bajkę o muszlach opowiedziały mi... góry. A konkretnie - latarnia morska wybudowana w górskiej dolinie (!) przez tęskniącego za morzem tureckiego paszę. Gotowa bajka! Miejsce akcji - Aguszewi Konaci w południowej Bułgarii. Polecam, bo to miejsce absolutnie magiczne!

BM: Ma Pani swojego kangura? Kogoś, kto zawsze jest obok, gotowy wesprzeć i pomóc nawet wówczas, gdy cały świat się odwróci? A może rola kangura z opowiadania Moje – nie moje to zadanie każdego rodzica?

Oczywiście tymi, którzy nas wspierają przez całe życie są nasi rodzice. Ale naszymi kangurami są też przyjaciele, których sobie wybieramy i którzy nas wybrali. Bo i my możemy być mądrymi kangurami. Do tego właśnie zachęca „Moje - nie moje”: bądźmy kangurami!

BM: Poświęciła Pani całą książkę opowieści o Domu Marcina. A jaką historię opowiada Pani własny dom?

Urodziłam się w domu wybudowanym przez moich dziadków. Różnica pokoleń, różnica doświadczeń, różnica czasów. Właśnie ten dom zdradził mi tajemnicę zakamarka czasu. Ale słuchałam także opowieści wielu innych domów - skrzypienia ich schodów, piszczenia rur, szumu wiatru w kominach. Z lat dziecinnych najbardziej utkwił mi w pamięci klimatyczny hotelik w Wernigerode, w samym sercu niemieckich Gór Harzu, z pruskim murem i trójkątnymi okienkami na mansardzie. On właśnie stał się po 30 latach Domem Marcina...

BM: Nie tylko stworek z Zielonego wędrowca potwierdzi, że kolorowy świat jest piękniejszy od szarego. Ale wcale niełatwo wpuścić nowy kolor, inność, do swojej przestrzeni, przyznać jej równe do własnych prawa. Jak przełamywać ten lęk, obawy? Jak przestać myśleć o tym, co znamy, jako o jedynym sposobie życia?

Myślę, że najlepszym sposobem na przełamanie strachu przed innością jest ciekawość. Stworek wędruje nad zieloną rzekę, bo jest jej ciekawy, bo jest ciekawy własnej zieloności. A gdy już tę ciekawość zaspokoi - wróci do szarej Stworii i do hymnu szarych Stworków: „My jesteśmy cali szarzy/ bo nam w szarym jest do twarzy!”. Rzecz w tym, byśmy umieli się różnić, szanując wzajemną odmienność. Zielony wędrowiec w każdej krainie jest witany inaczej - raz go wypędzają, bo jest zielony, innym razem oferują mu berło króla, bo... jest zielony, a na koniec - w zielonej krainie przestaje być inny, jest zielony, jak wszyscy. Bo inność, obcość to odczucia bardzo subiektywne. Obiektywnie (widziani np. z Kosmosu) - wszyscy jesteśmy tacy sami:)

BM: Jakie to uczucie zobaczyć to, co narodziło się w Pani wyobraźni, wystawione na scenie? Czy zdarzyło się Pani przeżyć rozczarowanie, zauważyć, że ktoś nie do końca zrozumiał zawartą w tekście myśl?

To za każdym razem niespodzianka i wielka teatralna przygoda. Widziałam już cztery sceniczne wcielenia zielonego wędrowca (w Białymstoku, Bielsku-Białej, Warszawie i w Olsztynie) - od aktorskich po lalkowe, i każdy był mi równie bliski. Były to też cztery różne interpretacje tekstu - od brawurowej komedii po refleksyjną sceniczną opowieść. Fantastyczne widzieć, że jedna sztuka może być inspiracją do całkowicie odmiennych inscenizacji. Nigdy nie próbuję ingerować w reżyserską wizję przedstawienia. Kiedy udostępniam swoją sztukę teatrom, mam świadomość, że zaczyna ona żyć własnym życiem. To trochę tak, jak z dorastającym dzieckiem - w pewnym momencie usamodzielnia się i trzeba się z tym pogodzić:)

BM: Niezwykle ważnym elementem książek dla dzieci są ich ilustracje. Wydając swoje kolejne książki, współpracowała Pani z wieloma twórcami. Czy któregoś z ilustratorów ceni Pani szczególnie? Który z nich tworzy obrazy najbliższe tym, jakie powstają w Pani wyobraźni podczas pisania?

Spotkanie z każdym ilustratorem było dla mnie ważne, bo każdy z nich pokazał mi, jak wygląda świat, który istniał tylko w mojej wyobraźni. Krystyna Lipka-Sztarbałło, Edward Lutczyn, Elżbieta Krygowska-Butlewska, Ewa Kozyra-Pawlak i Paweł Pawlak, Ewa Poklewska-Koziełło, Joanna Zimowska-Kwak, Emilia Dziubak - wielkie indywidualności polskiej ilustracji. Mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwym autorem! Ale największą przygodę malarską przeżyłam podczas pracy nad pierwszym wydaniem „Zielonego wędrowca” z Mistrzem Adamem Kilianem. Razem zastanawialiśmy się, jak wygląda nasz bohater. Ja wiedziałam tylko, że jest sumą różnych zwierząt - że ma na przykład na głowie i pierzasty czubek, i różki. Dopiero jednak Adam Kilian pokazał mi, jakie to są różki - nie koziołka, nie jelonka, ale... ślimaka. W podobny sposób pracowaliśmy z Pawłem Migdalskim nad grafiką mojej strony internetowej. Wiedziałam, że bramą do tej krainy bajki będzie tajemniczy zamek, ale to Paweł nadał mu kształt i wybudował go swoim piórkiem.

BM: Kto jako pierwszy czyta Pani teksty?

Mogę powtórzyć - jestem autorem szczęśliwym. A to także dlatego, że mam w domu dwoje czytelników idealnych - moich rodziców, którzy oboje są pisarzami. Ojciec, Henryk Bardijewski, prozaik i dramaturg, jest kolegą po piórze. Mama, Sława, jest krytykiem literackim. Bardzo wnikliwie czytają moje teksty, i co bezcenne - bez taryfy ulgowej. Zawsze mogę liczyć na ich przyjazny krytycyzm:)

BM: Kolejne Pani książki dotykają rozmaitych zagadnień. Którą ze swoich opowieści poleciłaby Pani jako pierwszą lekturę komuś, kto jeszcze nie zetknął się z Pani publikacjami?

Najmłodszych czytelników zaprosiłabym do lektury „Mojego - nie mojego”, a nuż zechcą być kangurem? Trochę starszych zachęcałabym do wyruszenia w podróż dookoła tęczy z zielonym wędrowcem. Zaś młodszych nastolatków - do odwiedzenia domu ośmiu tajemnic. Myślę, że szybko zaprzyjaźnią się z samym Domem i mieszkającym tam Marcinem.

BM: Po jaką literaturę sama Pani sięga najchętniej?

Bliska jest mi literatura z kręgu realizmu magicznego, literatura wysmakowana językowo, ale także gorzka groteska typu Gombrowiczowskiego.

BM: Jest Pani nie tylko autorką, krytykiem literackim, ale również tłumaczem. Ale – dlaczego wybrała Pani akurat język bułgarski?

Bo najmniej o nim wiedziałam ze wszystkich języków bałkańskich. Język słowiański, ale bez odmiany rzeczownikowej, za to z czasownikiem rozbudowanym nieomal na wzór łaciński, spadkobierca „postrachu” wszystkich studentów slawistyki - staro cerkiewno słowiańskiego... To nie mogło mnie nie skusić:) Od zawsze interesowały mnie obszary pogranicza, a najbliższym nam pograniczem są właśnie Bałkany - wspaniały tygiel kultur, religii, temperamentów. Moja bułgarystyczna przygoda trwała ponad dziesięć lat. Napisałam sporo szkiców krytycznych o bułgarskiej literaturze i teatrze, przetłumaczyłam kilka powieści, zbiorów opowiadań, kilkanaście sztuk teatralnych i słuchowisk radiowych. To była też doskonała szkoła doskonalenia własnego warsztatu pisarskiego. Przyglądałam się z bliska, niejako od podszewki, jak robią to bułgarscy mistrzowie pióra - Ludmił Stojanow, Paweł Weżinow, Błaga Dimitrowa, Jordan Radiczkow, Stanisław Stratijew, Emił Manow, Michaił Weliczkow, Aleksandyr Tomow, Kirił Topałow. To właśnie przekład, obok baśni, był moim najlepszym nauczycielem pisania.

BM: Czy w dzieciństwie dużo Pani czytała?

Pochłaniałam książki, odkąd nauczyłam się czytać. Z pewnością nie bez wpływu na to była pisarska rodzina i fakt, że mój dziecięcy kącik w jednopokojowym mieszkaniu był zbudowany z... półek z książkami.

BM: Które z czytanych wówczas książek darzy Pani szczególnym sentymentem?

Do dzisiaj pozostaję wierna mojemu przyjacielowi z dzieciństwa, bohaterowi jednej z pierwszych książek, którą samodzielnie przeczytałam - Kubusiowi Puchatkowi. Dlaczego? Dlatego, że rósł wraz ze mną. Kiedy miałam pięć lat, i on miał pięć. Kiedy ja miałam dziesięć - on też miał dziesięć. I do dzisiaj jesteśmy równolatkami. Przyjaźń życia!

BM: Na koniec jeszcze jedno pytanie sentymentalne: kim chciała Pani zostać jako mała dziewczynka?

Kiedy byłam małą dziewczynką marzyłam o tym, żeby... stać się dużą dziewczynką. I udało się:)

*Tych, którzy chcieliby bliżej poznać Panią Lilianę zapraszamy do odwiedzenia strony, z której pochodzi cytat: http://www.lilianabardijewska.com/.


KOMENTARZE


KATALOGI
 
Projekty
PROMUJEMY


WSPÓŁPRACUJEMY

Copyright by Biblioteczka Malucha 2010-2017, Kontakt: redakcja@biblioteczkamalucha.pl
Korzystamy z ciasteczek w przyjaznych zamiarach, poznaj naszą politykę prywatności.