Subskrybuj nasz newsletter
O wielkiej historii i... rybkach
O warszawskich powstańcach, nauce historii i domowym akwarium opowiada pani Monika Kowaleczko-Szumowska – autorka Gupikowa, Galopu'44, tłumaczka, a prywatnie mama... bohaterów swoich powieści.

Biblioteczka Malucha: Dlaczego postanowiła Pani napisać książkę o Powstaniu Warszawskim?

Monika Kowaleczko-Szumowska: Zostałam zmuszona. Przez historie, które gromadziłam w głowie i w sercu pracując w Muzeum Powstania Warszawskiego. Te niezwykłe historie kłębiły mi się w głowie i nie dawały spokoju. Było ich wiele: śmiesznych, strasznych, dziwnych, wstydliwych. Musiałam coś z nimi zrobić, wyrzucić je z siebie… Któregoś roku na targach książki zwierzyłam się Maryni Deskur z Wydawnictwa Egmont, że chciałabym napisać książkę o Powstaniu i Marynia z determinacją nieustępliwego redaktora tę książkę ze mnie wyssała.

BM: Czy któryś z bohaterów tych historii – niekoniecznie opisany w Galopie ’44 – szczególnie mocno utkwił Pani w pamięci, jest Pani szczególnie bliski?

MKS:Tak, wiele osób. Np. Mahomet - chłopiec, który w powstaniu miał mniej więcej 10 lat. Kiedy był ranny nie pozwolił żadnej sanitariuszce przejść obok swojego łóżka, tylko wszystkie zaczepiał i prosił, żeby mu ... poczytały. W końcu wyszedł ze szpitala. Miał wrócić za kilka dni na zmianę opatrunku. Wrócił. W trakcie zmiany opatrunku, szpital został zbombardowany. Mahomet zginął. Prorok z Galopu'44 jest do pewnego stopnia wzorowany na tej postaci. Tyle, że zmieniłam finał historii Mahometa, bo złamała mi serce.

BM: Takie opowieści zadają kłam dość powszechnemu przekonaniu, że historia to wyłącznie jeden z najnudniejszych szkolnych przedmiotów. Czy pomagają znaleźć odpowiedź na pytanie, w jaki sposób najlepiej rozmawiać z dziećmi i młodzieżą o przeszłości? Jak ich do niej nie zniechęcać?

MKS:Trzeba się samemu fascynować historią, nie ma rady. W tej grupie wiekowej nie ma miejsca na udawanie. Oni są tak czuli jak najlepsze wykrywacze kłamstw. A jednocześnie, wydaje mi się, że młodzież kocha dobre historie, i powstańcze i wszystkie inne. Ale nie moralizujące, opowiadane tylko po to, żeby im pokazać, że oni nie są tacy wspaniali, jak ich rówieśnicy z przeszłości. Oni potrafią zafascynować się historią, jeśli dotyka ona prawdziwych emocji, czegoś co jest im bliskie.

BM: Sądzi Pani, że powinniśmy pielęgnować przede wszystkim najnowszą historię – tę, której ślady wciąż są widoczne lub której świadkowie jeszcze żyją? Czy można w równie zajmujący i wzruszający sposób opowiadać o wydarzeniach bardziej odległych w czasie, których bohaterów znamy co najwyżej z imienia (a i to nie zawsze)?

MKS:W zajmujący sposób można, wydaje mi się, opowiadać o wszystkim i o niedalekiej przeszłości i o czasach odległych. Ale skoro wspomniała Pani o żyjących świadkach, to kontakt z nimi jest rzeczywiście sprawą niezwykłą i to warto by pielęgnować.

BM: Skoro mowa o żyjących świadkach historii - czy Galop ’44 trafił w ręce znanych Pani powstańców? Jeśli tak, jak zareagowali? Uznali przedstawione w książce realia za zbliżone do autentycznych, podobne do ich własnych doświadczeń?

MKS: Z wielkim niepokojem dałam Galop’44 moim powstańczym przyjaciołom i dostałam przychylne recenzje. To wielka ulga, bo gdyby książka o Powstaniu nie spodobała się uczestnikom, to byłaby klęską.

BM: Bohaterów Galopu ’44 postawiła Pani przed niezwykle trudnym wyborem – mogli walczyć w Powstaniu, o którym wiedzieli, że zostanie stłumione, albo wrócić do bezpiecznej współczesności. Jak Pani myśli, gdyby dzisiejsi nastolatkowie – na ogół wychowywani w dość komfortowych warunkach – stanęli w obliczu wojny, w której nie musieliby walczyć, czy nie wybieraliby raczej wygodnego, spokojnego życia?

MKS: Może to zabrzmi jak kokieteria wobec dzisiejszych nastolatków, ale ja uważam, że mają tak samo wrażliwe serca, jak nastolatkowie w Powstaniu i to wystarczy. Fantazji też im nie brakuje. Można starać się im wytykać ich wady, ale ich powstańczy rówieśnicy też byli dalecy od ideału, jeśli chodzi o codzienne zachowanie. Jan Rodowicz „Anoda” symbol walki o niepodległą Polskę tak szalał na przyjęciu u koleżanki, że zarwał się pod nim antyczny mebel. Dostał szlaban na wizyty u koleżanki… Legenda powstania, Antek Rozpylacz ze swoją koleżanką Jagą, czekając na godzinę W … strzelał z pestek wiśni w przechodniów. To nie były pomniki z brązu, to była szalona, wspaniała młodzież z krwi i kości.

BM: Czy jako mama, chciałaby Pani, aby jej synowie dokonali takiego samego wyboru jak Wojtek i Mikołaj z kart powieści? Przecież ich przygoda mogła zakończyć się zupełnie inaczej…

MKS: Takiego pytania się nie spodziewałam… Strasznie bym się bała, gdyby moi synowie poszli walczyć, ale chyba byłabym z nich dumna. Wydaje mi się, że martwiłabym się równie mocno, gdyby zostali w piwnicy. Młodzi mężczyźni w czasie Powstania mieli bardzo nikłe szanse na przetrwanie, nawet jeśli nie walczyli. Niemcy ich nie oszczędzali. Zresztą kobiet i dzieci też nie. Pozostanie w schronie nie gwarantowało bezpieczeństwa.

BM: A gdyby musiała się Pani zmierzyć z sytuacją opisaną w powieści, czyli chłopcy nie chroniliby się w piwnicach, lecz mogli bezpiecznie wrócić do współczesności – co wtedy? Wiem, że to całkowicie abstrakcyjna sytuacja…

przeczytaj recenzję
Galop'44
MKS: Jeśliby Wojtek i Miko chcieli uciec z domu do Powstania, to zachowałabym się tak, jak ta mama w powieści, bo to przecież jestem ja... Strasznie bym sie o nich martwiła. Łatwiej napisać książkę niż przeżyć to naprawdę.

BM: Ale pewnie i samo pisanie książki nie jest sprawą tak łatwą, gdy jest się czynną zawodowo tłumaczką, a przy tym mamą czworga dzieci. Wśród codziennych obowiązków chyba niełatwo wygospodarować kilka godzin dziennie na pisanie. Jak długo trwała więc praca nad każdą z książek? W przypadku Galopu ’44 – ile czasu zajęło samo gromadzenie materiałów?

MKS: Napisanie Gupikowa zajęło mi rok. Galop’44 zabrał mi zdecydowanie dłużej. Najpierw ten pomysł we mnie dojrzewał, potem wzięłam się do roboty i męczyłam się pewnie 1,5 roku do 2 lat.

BM: Głównymi bohaterami Galopu ’44 są Wojtek i Mikołaj. W Gupikowie, Pani debiutanckiej książce dla młodszych czytelników, poznajemy Marysię oraz jej rodzeństwo – Wojtka, Mikołaja i Zosię. Dlaczego nadaje Pani książkowym bohaterom imiona swoich własnych dzieci? Czy z imiennikami łączy ich coś jeszcze – np. wiek lub pewne cechy charakteru?

MKS: Doszłam do wniosku, że otaczająca mnie rzeczywistość przerasta moją wyobraźnię. Tyle niezwykłych rzeczy dzieje się na co dzień, że nie muszę nic wymyślać. I łatwiej mi pisać mając przed oczyma moje własne dzieci, bo znam ich reakcje, mówiąc krótko: widziałam ich w akcji. Oczywiście, że oprócz imion bohaterowie moich książek odziedziczyli również charakterki moich dzieci.

BM: Rozumiem więc, że Gupikowo, Pani literacki debiut, zostało zainspirowane autentycznymi wydarzeniami. Czy historia zakładanego przez Marysię i jej rodzinę akwarium od początku powstawała z myślą o wydaniu?

MKS: Może, ale trudno mi było zakomunikować rodzinie, że właśnie zaczęłam pisać książki. Brakowało mi odwagi. Ale któregoś dnia Wojtek znalazł kartki z Gupikowa w makulaturze i poprosił o jeszcze. To mi dodało odwagi…

BM: A skąd w ogóle pomysł na taką opowieść? Ile jest w niej prawdy, autentycznych wydarzeń albo dialogów, inspirowanych rozmowami, które faktycznie miały miejsce?

MKS: W Gupikowie, prawie wszystko jest prawdziwe, oprócz kilku scen. Ale Mikołaj powiedział, że nie napisałam w Gupikowie niczego, do czego on nie byłby zdolny, więc czuję się rozgrzeszona…

BM: Jak na książkę zareagowała Pani rodzina? Czy dzieci przeczytały ją jeszcze przed wydaniem? Wnosiły swoje poprawki, próbowały Panią przekonać do własnej wersji zdarzeń?

MKS: Tak, wszystkich zmuszam do czytania i zaznaczania błędów i nieścisłości. Mistrzem przekonywania mnie do swojej wersji wydarzeń jest Zosia. Ale ja jestem twarda i nie uginam się pod presją. Jeśli ktoś mnie do czegoś przekona i przyznam mu rację, to zmieniam, ale jeśli nie, to się nie poddaję. Po przeczytaniu Gupikowa, Marysia powiedziała, że ona napisze jak było naprawdę. Nie znaczy to, że ja pisze nieprawdę, tylko przedstawiam swoją wersję wydarzeń, pisze ze swojej własnej perspektywy.

BM: Pani książki adresowane są do różnych grup wiekowych. Z którymi czytelnikami – dziećmi czy młodzieżą – ma Pani obecnie większy kontakt (np. za pośrednictwem Internetu albo podczas spotkań autorskich)?

MKS: Z klasami szóstymi i gimnazjalnymi na spotkaniach związanych z Galopem’44.

BM: Tak na marginesie: rodzicielskie stresy naprawdę odreagowuje Pani bieganiem?

MKS: Tak, biegam w każdy poniedziałek, kiedy Zosia jest na basenie. Nie wybiegam już jak szalona z domu, jak to było za czasów Gupikowa, ale biegam nadal.

BM: Czy trzy lata po wydaniu Gupikowa w Pani domu wciąż stoi akwarium?

przeczytaj recenzję
Gupikowo
MKS: Tak!

BM: A może zna Pani kogoś, kogo lektura Gupikowa skłoniłaby do założenia własnego akwarium?

MKS: Tak, córki pani Kasi Kajki z Wydawnictwa BIS, które wydało Gupikowo, zmusiły mamę do założenia akwarium…

BM: Dwie udane powieści to chyba dopiero początek. Ma Pani już pomysł na kolejną książkę? Jeśli tak – do jakich czytelników będzie ona skierowana?

MKS: Chciałabym napisać książkę, której bohaterką będzie dziewczyna na pierwszym roku studiów – opowieść inspirowana przeżyciami Marysi. Będzie tam dużo historii, ale nie będzie przeniesienia się w czasie. I muszę dokończyć Wybryki z Ameryki, czyli drugą część Gupikowa. Właśnie skończyłam pisać Fajną Ferajnę, która ukaże się w styczniu 2015. To opowiadania o ludziach, którzy w czasie Powstania byli dziećmi. Powstaje też film dokumentalny.

BM: Nakładem jakiego wydawnictwa ukaże się Fajna Ferajna?

MKS: Nakładem Wydawnictwa BIS. Więcej informacji o projekcie można znaleźć na stronie http://www.fajnaferajna.pl/. Miała to być tylko książka, ale zrobiła się z tego książka i ... film. Premiera 9.12.2014 w Muzeum Powstania Warszawskiego.

BM: Z pewnością warto go obejrzeć! A wracając do Gupikowa - dobrze rozumiem, że jego bohaterowie wyruszą do Ameryki? Z akwarium?!

MKS: Wybryki z Ameryki to relacja z naszej wyprawy do USA. Akwarium na szczęście zostało w Polsce.

BM: Na koniec może odrobinę sentymentalne pytanie. Pamięta Pani pierwszą samodzielnie przeczytaną książkę? Albo inne szczególnie lubiane w dzieciństwie publikacje? Czy któreś z nich zyskały również uznanie Pani dzieci?

MKS: Pierwszej samodzielnie przeczytanej książki nie pamiętam. Ale moje ukochane książki z dzieciństwa to Zamek Soria Moria i seria Poczytaj mi Mamo, o kotku który szuka swojej mamy. Mój egzemplarz Zamku Soria Moria czyta teraz Zosia. Bardzo lubi te opowiadania.

BM: Bardzo dziękuję za rozmowę. A także za Pani książki – pełne ciepła, ciekawe i uwrażliwiające.

MKS: Dziękuję Pani.


Monika Kowaleczko-Szumowska
Monika Kowaleczko-Szumowska studiowała archeologię na Uniwersytecie Warszawskim i język angielski na Uniwersytecie Stanu Illinois w USA. Pracuje jako tłumacz, między innymi, książek dla dzieci i młodzieży: "Gorzkie urodziny", "Z tęsknoty za Judy", "Hugo i mapa z wyspy potworów", "Dokąd odchodzisz". Tłumaczy też książki popularno-naukowe dla dorosłych a także materiały i wystawy dla Muzeum Powstania Warszawskiego(...). Na co dzień mama czwórki rozbrykanych, choć wcale już niemałych dzieci. (Źródło: http://www.wydawnictwobis.com.pl/writer.php?id=659)



KOMENTARZE


KATALOGI
 
Projekty
PROMUJEMY


WSPÓŁPRACUJEMY

Copyright by Biblioteczka Malucha 2010-2017, Kontakt: redakcja@biblioteczkamalucha.pl
Korzystamy z ciasteczek w przyjaznych zamiarach, poznaj naszą politykę prywatności.