Subskrybuj nasz newsletter
O sukcesie, wyobraźni i sawannie
O właśnie odniesionym sukcesie, dającej schronienie wyobraźni i potrzebie samoakceptacji opowiada pani Dorota Kassjanowicz – autorka "Książki Roku 2014" Cześć, Wilki! oraz Zamieszania na sawannie, czyli dlaczego zwierz dziki łyka batoniki.

Biblioteczka Malucha: Otrzymanie tytułu „Książka Roku” przyznawanego przez IBBY to duże wyróżnienie. Ogromne – gdy w grę wchodzi literacki debiut. Gratulując przyznanej nagrody, chciałabym jednak zapytać, co dla Pani jest główną miarą sukcesu książki – liczba sprzedanych egzemplarzy, opinie czytelników, przyznane nagrody?

Dorota Kassjanowicz: Dziękuję za gratulacje. To dla mnie zupełnie niespodziewane i niezwykłe wyróżnienie, zwłaszcza że, jak Pani zauważyła, dotyczy książki, którą zaledwie kilka miesięcy temu zadebiutowałam. Wielki zaszczyt i ogromna radość. Ale dla debiutantki niezaprzeczalnym pierwszym sukcesem jest oczywiście wydanie książki. Spełnienie marzenia, na które czekałam ładnych parę lat. A potem, kiedy książka się już ukazuje, naturalnie pojawia się niepokój o to, jak będzie przyjęta, czy (i ilu) znajdzie czytelników. Wsłuchuję się w opinie, wyciągam wnioski, to bardzo nowe dla mnie doświadczenia. Sukces to zatem także mieć czytelników, oczywiście najlepiej – zadowolonych. Jak widać, sprawa jest złożona. A wszystkiemu towarzyszą niemałe emocje.

BM: A jak zaczęła powstawać ta Pani debiutancka książka? Czy długo nosiła się Pani z zamiarem opowiedzenia historii, zawartej w powieści Cześć, wilki!, czy też zaczęła ją Pani pisać spontanicznie?

DK: Książka zaczęła powstawać kilka lat temu, nie pamiętam więc już w tej chwili wszystkich okoliczności z tym związanych. A co do tematu – nie szukałam go „na siłę”, pomysł po prostu mnie znalazł.

BM: Tak jak Filip – główny bohater książki? Kim on właściwie jest? Czy na pewno tylko fikcyjną postacią? Na mnie zrobił tak przekonywujące wrażenie, że czytałam książkę w przeświadczeniu, że opisując go, musiała się Pani wzorować na jakimś prawdziwym, realnie żyjącym dziecku.

DK: Bardzo się cieszę, że Filip wydał się Pani postacią „z krwi i kości”, to dla autora wielki komplement. Nie ma chyba nic gorszego niż papierowe postaci, które przeżywają papierowe emocje. Ale Filip nie jest „prawdziwy” w tym sensie, że ma swój pierwowzór w rzeczywistości. Natomiast jego sposób odbierania świata i poczucie „osobności” są odrobinę zaczerpnięte z mojego dzieciństwa. Mam wrażenie, że dobrze samą siebie zapamiętałam z tamtego czasu, chętnie czerpię z tamtego okresu życia. Ale oczywiście Filip to także i po trochu dzieci, które znam, i wyobraźnia.

BM: A dlaczego Filip tak bardzo nie chciał pisać? Pozwolę sobie przytoczyć krótki cytat: Pisać? To jakaś totalna bzdura – pomyślał. – Pokręcony pomysł. Co ja robię?” Poczuł ukłucie wstydu. Czego on się właściwie obawiał?

DK: Filip parę razy mówi o wstydzie lub go doświadcza. Ten wstyd, potężna siła, zwłaszcza gdy ma się 11 lat, nie pozwala mu przyznać się „na głos” do tego, co czuje i myśli. Czego się boi, za czym tęskni… W dużym stopniu to wina atmosfery, jaka panuje w jego domu. Tam się nie rozmawia o tzw. ważnych sprawach, a każda podjęta przez niego próba, jak np. sprawa wycieczki z tatą na ulubioną łąkę Filipa, kończy się albo zlekceważeniem potrzeb chłopca, albo wręcz nieusłyszeniem przez rodziców tego, co ich dziecko ma do powiedzenia. A więc narasta w nim przekonanie, że ten jego wewnętrzny świat nie jest godny uwagi. Filip czuje się gorszy od rówieśników, głupszy, nie ufa sam sobie – bo jakże by mógł, skoro nie ma do niego zaufania ani mama, ani tata, którzy wciąż mu wmawiają, że sobie z tym czy tamtym nie poradzi. Każda śmielsza myśl jest kwitowana kpiącym „nie filozofuj!”. Jak więc tak ukształtowany przez lata dzieciak ma się odważyć na to, by zacząć pisać? Pisać o sobie. Bo on doskonale wie, że jeśli zacznie pisać, to tylko o tym, co dla niego ważne. W końcu ta jego własna „książka” ma być ratunkiem. Może nie do końca uświadomionym, ale bardzo istotnym i osobistym.

BM: Zna Pani ludzi, którzy tak bardzo potrzebują azylu wyobraźni, tak często szukają w nim schronienia?

przeczytaj recenzję
Cześć, wilki!
DK: Sama byłam takim dzieckiem, które chętnie uciekało w wyobraźnię. I tak, znam takie osoby. Oczywiście jako ludzie dorośli nie możemy za często bujać w obłokach, ale z tego nigdy tak do końca się nie wyrasta. Na szczęście.

BM: A co jeśli wyobraźnia staje się drogą ucieczki od problemów, zastępującą próby ich rozwiązania? Przecież one wtedy narastają, są coraz trudniejsze do przezwyciężenia.

DK: Wyobraźnia daje możliwość wytchnienia, może być „miejscem” ucieczki od rzeczywistości. Ale może też podpowiedzieć rozwiązanie problemu. Warto sobie wyobrazić, że będzie lepiej. I poszukać, z pomocą wyobraźni, odpowiedzi na pytanie, co zrobić, żeby tak właśnie było.

BM: Otwarte zakończenie daje czytelnikom nadzieję. To chyba trochę tak, jakby pod postacią baśń Filipa, jego mama otrzymała list w butelce z prośbą o pomoc, o poprawę domowych relacji?

DK: Zależało mi na takim właśnie zakończeniu. Nie na klasycznym „happy endzie”, nie na postawieniu wielkiej kropki na końcu ostatniego zdania. Finał książki nie jest w ten sposób finałem historii Filipa. Chciałam, żeby myśl czytelnika pobiegła dalej – jak będzie wyglądała rozmowa z mamą? Co powie tata? I czy mama w ogóle pokaże mu to, co napisał Filip? Ale oczywiście nie mogłam pozbawić ani Filipa, ani czytelników nadziei na szczęśliwy ciąg dalszy. Myślę, że można i wręcz trzeba w literaturze dla młodych czytelników poruszać tzw. trudne tematy, ale nigdy nie wolno zostawiać dziecka z poczuciem beznadziejności, nierozwiązywalności konfliktów, z przekonaniem, że podejmowane próby odmiany własnego losu są pozbawione sensu. Nic z tych rzeczy!

BM: To bardzo cenna myśl. Chciałabym jednak wrócić jeszcze do tematu debiutu na rynku wydawniczym. Z pewnością niełatwo poddać swoją twórczość (a więc poniekąd i wrażliwość, wyobraźnię) ocenie innych – czyli otworzyć przysłowiową szufladę i wysłać tekst do wydawnictwa. Czyjej reakcji oczekiwała Pani z większym niepokojem: szerokich rzesz czytelników czy członków rodziny i przyjaciół?

DK: Zawsze większa obawa jest przed nieznanym. Oczywiście publikacji towarzyszą bardzo silne emocje. To wielka niewiadoma. Bo wydać książkę to dopiero początek drogi. Trzeba jeszcze zasłużyć na uwagę i przychylność jej odbiorców. Natomiast opinie niektórych przyjaciół znałam już wcześniej. Reakcji pozostałych znajomych byłam po prostu bardzo ciekawa. Natomiast rodzicom zrobiłam niespodziankę i podarowałam im „gotowe” książki.

BM: Kto był pierwszym czytelnikiem Pani tekstów? Domyślam się, że nie rodzice.

DK: Mam takie dwie–trzy bliskie osoby, których opinia wiele dla mnie znaczy, bo wiem, że jest szczera – nie „lukrują” prawdy, tylko mówią wprost o swoich wrażeniach i o tym, co jest OK, a co trzeba by jeszcze dopracować. Wiele im zawdzięczam. Uważam, że takie spojrzenie z boku jest bardzo potrzebne.

BM: W przeciągu jednego roku ukazały się Pani dwie „pierwsze” książki. Jak długo pracowała Pani nad każdą z nich??

DK: To swego rodzaju miły zbieg okoliczności, a nie zaplanowane spiętrzenie szczęśliwych wydarzeń. Cześć, wilki!, moja pierwsza książka, to powieść, z kilkoma planami, wątkami, stylami wypowiedzi, z wieloma postaciami. Tekst powstawał z przerwami (niestety, nie mogę sobie pozwolić na poświęcenie pisaniu tyle czasu, ile bym naprawdę chciała) ponad rok. A potem go poprawiałam i poprawiałam… Ile razy sięgnęłam do niego po przerwie, wydawał mi się nie taki, jaki być powinien, niepełny, nieudany... Jestem wiecznym poprawiaczem, niestety. Natomiast Zamieszanie na sawannie, czyli dlaczego zwierz dziki łyka batoniki to książeczka o wiele skromniejsza objętościowo, raczej rozbudowane opowiadanie. Powstała w ciągu miesiąca, może dwóch. No, ale potem, zaczęłam ją oczywiście poprawiać i poprawiać, i sprawa się trochę przeciągnęła w czasie...

przeczytaj recenzję
Zamieszania na sawannie, czyli dlaczego zwierz dziki łyka batoniki
BM: Była Pani kiedyś na sawannie?

DK: Nie, ale ilustratorka Zamieszania…, Beata Kulesza-Damaziak, widziała ją na własne oczy, co na pewno pomogło jej w tak znakomity i zabawny sposób oddać charakter tego miejsca. Jednak jeżeli chodzi o tamtejsze zwierzaki, będące bohaterami mojej „sawannowej” opowieści, nie mogła być zbyt dosłowna. A dlaczego – nie zdradzę, żeby czytelnik sam mógł odkryć, co się im takiego przydarzyło i na czym owo tytułowe zamieszanie polegało.

BM: A jak narodził się pomysł na Zamieszanie na sawannie? Domyślam się, że inspiracji wokół nie brakowało – diety cud z jednej strony, niezdrowe odżywianie i otyłość z drugiej, a także próby przypodobania się innym nawet za cenę wyrzeczenia się siebie, to niestety dość powszechne zjawiska…

DK: Spotykamy się z tym wszystkim, o czym Pani wspomniała, chyba coraz intensywniej. Problemy z samoakceptacją, chęć dorównania jakimś wyimaginowanym ideałom, zbyt pięknym, by były prawdziwe, a zarazem „zajadanie” smutków „śmieciowym” jedzeniem, o które niezwykle łatwo – dotyczy to coraz młodszych osób, nawet dzieci. Presja otoczenia sprawia, że młody człowiek łatwo zapomina o tym, czego on sam pragnie i kim jest.

BM: Nie chcąc ograniczać przesłania Pani książki tylko do kwestii wyglądu, muszę zapytać: jak pomagać dzieciom w lubieniu samych siebie, zwłaszcza, gdy nie znajdują akceptacji wśród rówieśników?

DK: Zarówno w Zamieszaniu na sawannie, jak i w Cześć, wilki! podkreślam znaczenie rozmowy i bycia wysłuchanym, tak naprawdę, uważnie i z całą życzliwością. Tego chyba w wielu współczesnych rodzinach brakuje. A z dobrej rozmowy nastawionej na rozmówcę, z zaufania, wsparcia w kłopotach i z uwagi poświęconej drugiemu, także temu małemu, człowiekowi może wyniknąć wiele dobrego – tak się buduje wewnętrzna siła, odwaga, by żyć w zgodzie ze sobą i swoimi marzeniami, dobra wiara w siebie, której nie należy mylić z czy przesadną pewnością siebie (typu „ja zawsze mam rację!”). Filip z Wilków wciąż jest nieświadomie „gaszony” przez rodziców – przez ich nieuwagę, niewysłuchiwanie go, lekceważenie jego uczuć, niedowierzanie w jego możliwości i zdolności. Z kolei zwierzęta na sawannie słyszą słowa krytyki, kpiny, fałszywego współczucia. W obu przypadkach moi bohaterowie tracą grunt pod nogami i poczucie własnej wartości. Myślę, że nawet nie sam czas, ale jakość tego czasu poświęconego dziecku, jest niezwykle ważna. Dziecko musi czuć, że jest traktowane serio. To doda mu sił na całe życie, także jako dorosłemu.

BM: Wspomniała już Pani o ilustratorce Zamieszanie na sawannie. Trzeba przyznać, że ksiązka wydaje się być znakomicie dopracowane także pod względem graficznym. Jak przebiegała Pani współpraca z panią Beatą Kuleszą-Damaziak? Czy miała Pani jakiś wpływ na wybór ilustratora lub poszczególne obrazki?

DK: Z Beatą znamy się kilkanaście lat, ale nigdy wcześniej nie miałyśmy okazji współpracować. Choćby z tego prostego powodu, że dopiero od niedawna jestem autorką książek. Pewnego dnia podsunęłam Beacie do przeczytania wydruk Zamieszania…, prosząc o opinię. Tekst jej się spodobał. I tak oto, w całkiem naturalny sposób postanowiłyśmy stworzyć zespół „pisarsko-ilustratorski”. Współpraca z kimś zaufanym, utalentowanym, kogo lubimy i z kim się dogadujemy – to przecież sytuacja wprost wymarzona! W dodatku Beata, jak wspomniałam, Afrykę widziała z bliska, dość dobrze ją poznała. No po prostu idealny człowiek do tej „roboty”. Od początku miała świetne pomysły, mogłam się nimi tylko zachwycać. Są dowcipne i kreatywne.

BM: Pozytywne przyjęcie, z jakim spotkały się obydwie książki, chyba musi stanowić impuls do dalszej pracy. Ma już Pani pomysł na kolejną książkę? Jeśli tak – czy może Pani zdradzić, o czym będzie opowiadała?

DK: Mam kilka kolejnych pomysłów, niektóre „noszę w głowie” już nawet parę lat, inne pojawiły się całkiem niedawno. Z dwóch czy trzech powstały pierwsze „szkice”, wstępne wersje. Nie są to teksty tylko dla dzieci, chociaż te również. I wciąż próbuję znaleźć czas na pisanie gdzieś pomiędzy pracą redaktorską. Również na pisanie tekstów piosenek (pod całkiem innym nazwiskiem :-)) – moją pierwszą i najdłużej trwającą pasję. Ale to już zupełnie inna historia…

BM: Na koniec dwa pytania do Pani – już nie tylko jako autorki, ale też czytelniczki.Po pierwsze: po jakie publikacje obecnie sięga Pani najchętniej?

DK: Czytam dużo mniej, niż bym chciała. Ale doba ma tylko 24 godziny, a moja praca zawodowa wymaga właśnie… czytania. Nieraz po 10-12 godzin dziennie. Redaguję książki innych autorów, głównie tytuły naukowe, ostatnio rzadziej literaturę piękną, choć i tak bywa. A w wolnych chwilach częściej niż kiedyś sięgam teraz do literatury faktu, reportaży, biografii. I znowu do literatury dziecięcej. Tyle jest mądrych i pięknie wydawanych książek dla najmłodszych… Tacy autorzy jak Toon Tellegen, Lotta Geffenblad czy Gro Dahle to moje najnowsze odkrycia. I raz na jakiś czas muszę wrócić do mojej ukochanej lektury sprzed wielu lat – Z powrotem Zbigniewa Batki (z ilustracjami Stasysa Eidrigevičiusa) – rzecz pozornie dla dzieci, ale jak to bywa z najlepszą literaturą tego typu – także dla dorosłych.

BM: A dawniej? Co czytywała Pani w dzieciństwie? Czy któreś z poznanych wtedy książek szczególnie mocno utkwiły Pani w pamięci?

DK: Zawsze będę ciepło wspominać Dzieci z Bullerbyn, Koziołka Matołka i Kubusia Puchatka. A także… Wyspę skarbów, którą tata czytywał mi na dobranoc. Może dlatego nie przepadałam potem za „dziewczyńską” literaturą, jak np. Ania z Zielonego Wzgórza. Wolałam Niziurskiego, Nienackiego, Bahdaja…

BM: Mam nadzieję, że tymi skarbami literatury dziecięcej będą cieszyły się kolejne pokolenia – odnajdując radość zarówno w czytaniu, jak i, podobnie jak Pani Filip, w tworzeniu własnych opowieści. Bardzo dziękuję za rozmowę. Życzę powodzenia w realizacji kolejnych planów, a także czasu – na czytanie i (przede wszystkim!) pisanie.


Dorota Kassjanowicz
(ur. 1968) Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, redaktor, autorka (pod nazwiskiem Dorota Czupkiewicz) tekstów piosenek (m.in. dla Ewy Błaszczyk, Hanny Banaszak i Stanisławy Celińskiej) oraz autorka i współautorka tekstów do spektakli muzycznych dla dorosłych i dla dzieci. (Źródło: http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/autorzy/pers-dorota_kassjanowicz.html)



KOMENTARZE


KATALOGI
 
Projekty
PROMUJEMY


WSPÓŁPRACUJEMY

Copyright by Biblioteczka Malucha 2010-2017, Kontakt: redakcja@biblioteczkamalucha.pl
Korzystamy z ciasteczek w przyjaznych zamiarach, poznaj naszą politykę prywatności.