Subskrybuj nasz newsletter
O mrówkach, żabach, książkach i dzieciach
O mrówkach, żabach, książkach i dzieciach opowiada pani Katarzyna Bajerowicz – malarka, fotografka, ilustratorka książek dla dzieci.

Biblioteczka Malucha: Jak przygotowywała się Pani do zilustrowania kolejnych książek z serii Opowiem ci, mamo? Czy wiedzy na temat mrówek, żab i ich sąsiadów szukała Pani w książkach, Internecie czy raczej naturze?

Katarzyna Bajerowicz: Gdzie szukałam wiedzy? Wszędzie. I zawsze. Po prostu. Interesuje mnie życie zwierząt i roślin. Są niezwykłe - jedne i drugie. Kiedy byłam mała, ojciec zabierał mnie do lasu i pokazywał mrówki, chrząszcze, pająki. Wszystko. Mama opowiadała o roślinach (była ogrodnikiem), kupowała książki w antykwariacie, znosiła do domu ciekawe rośliny i opowiadała, co lubią. Wyciągałam z półek rodziców rozmaite książki, a później kupowałam już sama.

Do Mrówek, a potem do Żab musiałam wszystko sobie powtórzyć, przypomnieć - trochę czasu upłynęło, od kiedy byłam mała i chciałam zostać biologiem. Pomogły książki: i te całkiem nowe, i te stare (niektóre mocno starsze ode mnie), i Internet – nieocenione źródło informacji i wiedzy. Hodowałam mrówki w mrówkarium i oglądałam jak rozwijają się małe kijanki w kuwecie na oknie. Obok stało akwarium z resztą wodnego bestiarium: ślimakami, pijawkami, larwami ważek i jętek, ośliczkami i masą innych stworów.

BM: Każda strona Opowiem ci, mamo zaskakuje czytelników wielością szczegółów, dziesiątkami bohaterów, z których wszyscy zajęci są własnymi sprawami. Jak długo pracowała Pani nad ilustracjami do jednego tomu? To kwestia kilku tygodni czy raczej miesięcy? Czy wiele namalowanych już postaci zostało odrzuconych?

KB: Miałam szczęście: Panie w Wydawnictwie „Nasza Księgarnia” zaufały mi i dały całkowicie wolną rękę. Żadna z postaci nie sczezła potraktowana gumką do mazania. Pewno dlatego pracowało mi się świetnie i szybko, ale nie kilka tygodni. Tak naprawdę praca nad jedną publikacją, zajęła mi około roku.

BM: Trzeba przyznać, że owady i płazy to niezbyt często pierwszoplanowi bohaterowie książek (poza specjalistycznymi podręcznikami). Po co opowiadać dzieciom o mrówkach (a także trzyszczach, kosarzach, prosionkach…)? Czy malców z wielkich miast, raczej rzadko odwiedzających las, taki temat może w ogóle zainteresować? Czy obecnie najmłodsi nie są już zasypywani zbyt dużą ilością faktów do przyswojenia?

KB: Owady nie żyją tylko w lesie! Przecież są parki, skwery! Mrówki są wszędobylskie. Resztę owadów także spotkamy bez większego problemu: motyle, muchy, pająki, prosionki w niemal każdej piwnicy czy pod kamieniem. Każdy „robal” jest ciekawy i wart uwagi. Wystarczy się pochylić nad kawałkiem niekoszonego trawnika w centrum miasta.

Mówi Pani, że owady i płazy rzadko są bohaterami książek dla dzieci - chyba jednak tak nie jest. Jest o nich mnóstwo opowieści, począwszy od Ezopa (albo i wcześniej). Wystarczy się rozejrzeć.

Tak - mali ludzie są zasypywani informacjami. Pytanie - czy wszystkie są niezbędne? Ale to temat na osobną rozmowę. Nie czuję się kompetentna - mogę mówić tylko za siebie i na podstawie swoich doświadczeń z własnymi dziećmi.

BM: Podobno lęk przed „robakami” i tak powszechny wstręt do nich nie jest czymś wrodzonym. To, jak dzieci reagują, kiedy trafią na pająka, dżdżownicę czy szczypawicę, zależy w dużej mierze od sposobu zachowania dorosłych w ich otoczeniu. Czy zgadza się Pani z tym stwierdzeniem? Czy Pani córki, kiedy były małe, interesowały się owadami czy raczej przed nimi uciekały?

KB: Dzieci naśladują dorosłych. Kopiują te dobre i, niestety, te złe wzorce. I tak samo jest najczęściej z reakcjami na owady czy pająki. Moje córki nie bały się, jako małe dzieci, „robali”. Strach przed ślimakami i przed pająkami przyszedł później, a był efektem głupich żartów kolegów - i tak bywa.

BM: Pani ilustracje są pełne fantazji, zaskakujące, a przy tym czytelne. Często bywają tak zabawne, że można odnieść wrażenie, iż tworząc je, doskonale się Pani bawi. Czy malowanie to dla Pani czysta przyjemność, czy też ciężka praca – gdy terminy gonią, gdy dobre pomysły nie zjawiają się od razu?

KB: Oczywiście, że świetnie się bawię pracując. Jasne, że czasem bywa ciężko - zwłaszcza moim plecom, ale przecież w życiu bywa różnie: raz jest lepiej, raz gorzej. Wolę skupiać się na tym, co dobre. A ciężka praca jest potrzebna, żeby docenić tę lekką.

BM: To oczywiste, że ilustracje w książkach dla najmłodszych mają ogromne znaczenie. Ci, którzy nie potrafią jeszcze czytać, słuchając bajek, bardzo dokładnie analizują zamieszczone obok nich obrazki, wychwytując każdą nieścisłość czy niekonsekwencję. Czy namalowane ilustracje „testuje” Pani przed publikacją na znajomych dzieciach?

KB: Nie testuję. Testować musiałam, kiedy pracowałam jako grafik w agencji reklamowej: to, co robiłam, musiało podobać się wszystkim. Gdzieś przeczytałam zdanie: nie jestem zupą pomidorową, żeby wszystkim smakować. No nie jestem pomidorową i basta. Poza tym nie robi błędów tylko ten, kto nic nie robi.

Każde dziecko odbierze ilustracje inaczej, bo każde jest inne. Jednym się spodobają, innym nie - i to jest świetne. Różnorodność jest świetna. Strasznie nudno byłoby na świecie, gdybyśmy byli wszyscy tacy sami.

BM: Chyba mogę zaryzykować stwierdzenie, że malowanie to dla Pani nie tylko praca, ale również pasja. Jedna z wielu. Czy najbliżsi dzielą Pani plastyczno-dekoratorsko-stolarskie (ten niebieski kredens naprawdę robi wrażenie!) zainteresowania? A jeśli nie – czy są dla nich wyrozumiali?

KB: Mebli nie robię już od dawna - nie mam czasu i miejsca. Chociaż czasem strasznie ręce mnie świerzbią, żeby coś poskrobać, przemalować, przerobić. Mój Mąż nie jest tytanem cierpliwości: czasem słyszałam jęki na temat upapranych farbą podłóg, pyłu ze szlifierki czy konieczności lawirowania między rozłożonymi gratami. Ale jakoś to przeżył. Dzieci nie jęczały. W łóżku przerobionym z sollennego małżeńskiego na marcepanowo-różowe, jedna z córek sypia do dziś i jakoś nie chce go zamienić na inne.

BM: Na koniec jeszcze kilka słów o książkach. Co dają dzieciom książki (zwłaszcza te pięknie zilustrowane), czego dać nie może telewizja?

KB: Książki dają swobodę kształtowania wyobraźni. I te ilustrowane, i te bez ilustracji - nie ma znaczenia.

BM: A czy Pani zachowała szczególnie ciepłe wspomnienia o którejś z książek z dzieciństwa?

KB: Ciepłe wspomnienia, o którejś z książek? Hmmmmm....... Moje ukochane książki z dzieciństwa noszą wyraźne ślady zużycia. Wystarczy popatrzeć na moje półki z książkami: wyglądają jak bezładny zbiór pożółkłych papierów, których przynależność do poszczególnych tomów, sugerują tylko okładki.

BM: Dziękuję za rozmowę i z ciekawością czekam na kolejne zilustrowane przez Panią publikacje.


Katarzyna Bajerowicz
poznanianka, prywatnie mama trzech córek, właścicielka trzech psów i kota, malarka, fotografka, autorka bloga mama3swinek.blogspot.com, majsterklepka, niezła kucharka i rekordowa bałaganiara. Przez kilkanaście lat pracowała jako grafik, a od jakiegoś czasu zajmuje się ilustracją. Najbardziej lubi akwarele (dla których zdradziła pastele), makaron z sosem pomidorowym i kapelusze. W planach ma Wielką Podróż – jeszcze nie wie dokąd. (Źródło: http://nk.com.pl/katarzyna-bajerowicz/93/ilustrator.html)



KOMENTARZE


KATALOGI
 
Projekty
PROMUJEMY


WSPÓŁPRACUJEMY

Copyright by Biblioteczka Malucha 2010-2017, Kontakt: redakcja@biblioteczkamalucha.pl
Korzystamy z ciasteczek w przyjaznych zamiarach, poznaj naszą politykę prywatności.