Subskrybuj nasz newsletter
Opowieści z całej Polski 2016: Zosia w Zwierzakowie
Zosia to dziewięcioletnia dziewczynka, która kocha zwierzęta. Jest wysoka i szczupła, a jej blond włosy są śliczne, lśniące i bardzo długie. Mieszka w Mirosławcu, w cichym, spokojnym miasteczku. Nieopodal jej domu znajduje się przepiękna, kolorowa łąka, a za nią park z ogromnym placem zabaw. Zosia ma młodszego brata, który ma dopiero dwa miesiące. Czasem dziewczynka ma wrażenie, że rodzice jej nie kochają, nie zwracają na nią uwagi i że nie istnieje dla nich nic poza Gabrysiem. Zosia pomimo wielu rozmów z mamą nie rozumie, że jest dla nich tak samo ważna, jak jej młodszy brat. Może jest za mała, a może po prostu nie chce tego zrozumieć? Przeżyje przygodę, która całkiem ją odmieni, zrozumie swoje błędy i pokocha swojego braciszka. A wszystko zaczyna się tak…
11 listopada Zosia miała zostać pasowana na harcerza. Wstała wcześnie, ubrała się, zjadła śniadanie i wraz z rodzicami oraz Gabrysiem w wózeczku poszła na uroczystość. Kiedy dotarli na miejsce dziewczynka ustawiła się obok innych dzieci, które miały być wraz z nią pasowane i wzięła do ręki balony podane jej przez druhnę. Było ich bardzo dużo. Pierwsza połowa miała kolor biały, zaś druga błyszczała żywą czerwienią. Ktoś z tłumu zażartował:
- Żeby tylko tej kruszynki wiatr nie porwał wraz z balonami!
Zosia wiedziała, że jest szczupła, ale nie lubiła, gdy ktoś mówił o niej w ten sposób. Na szczęście po chwili o tym zapomniała. Nastała cisza i wszystkie dzieci musiały unieść dwa palce ku górze i powtórzyć głośno słowa druhny. Nagle wiatr zaczął wiać jeszcze mocniej i balony wraz z dziewczynką uniosły się w górę.
- O nie, co się dzieje?- krzyknęła Zosia.
- Zosiu!- zawołali za nią przerażeni rodzice.
Dziewczynka nie mogła nic zrobić. Wiatr był po prostu zbyt silny. Nagle zniknęła wszystkim z pola widzenia. Zrobiła się blada jak ściana. Nie wiedziała, co się teraz z nią stanie.
- Pewnie zaraz przyleci po mnie jakiś samolot albo helikopter i wrócę do rodziców - myślała Zosia.
Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Owszem, został wysłany za nią helikopter ratunkowy, ale nie mógł jej znaleźć, a to dlatego, że balony wcale nie były takie zwyczajne. Gdy uniosły się w górę wraz z Zosią uwolniła się z nich magiczna moc, która sprawiła, że dziewczynka stała się niewidzialna dla ludzi. Tylko dla ludzi na szczęście, bo zwierzęta, które tak bardzo kochała, widziały ją.
Zosia leciała przez całą noc, a nazajutrz zobaczyła przed sobą wielki, szary mur z cegły. Przeleciała nad nim i spojrzała w górę. Niestety część balonów gdzieś odleciała, a niektóre zwyczajnie pękły. Nagle Zosia znalazła się na drzewie. Spadła z niego wprost na czerwono – niebiesko – zielono – białą trawę. Drzewa w tym lesie też nie były zwyczajne. Jedne czerwono – żółte, a inne niebiesko – fioletowe.
- Bardzo dziwne- powiedziała na głos Zosia.
Szła, a po dziesięciu minutach ujrzała przed sobą wielką bramę, a nad nią tablicę, na której widniał piękny napis wykonany ozdobną czcionką.
- Zwie – rza – ko – wo - przeczytała Zosia.
- Interesująca nazwa. Ciekawe, co ona oznacza.
- To nazwa naszego miasta, naszej krainy - usłyszała nagle dziewczynka.
Odwróciła się i ujrzała psa. Ślicznego, czekoladowego labradora z niebieską obrożą i o oczach tego samego koloru.
- Oj, przepraszam, zapomniałem zupełnie o dobrych manierach. Nazywam się Piorun.
- Piorun?
- Tak, wiem. Mama nie wymyśliła mi najlepszego imienia, no, ale wiesz, nie miałem nic do powiedzenia w tej sprawie.
- Nie o to mi chodziło, tylko o to, że ty...
- Że ja co? Mówię?
- Tak, bo wiesz, tam gdzie mieszkam nie ma zwierząt, które mówią, z wyjątkiem papug, ale one są specjalnie szkolone do tego.
- U nas to normalne. Każdy zwierzak mówi. A tak w ogóle, to jak masz na imię?
- Zosia.
- Śliczne imię. A teraz chodź ze mną. Zaprowadzę cię do króla Burka. On nam powie, co z tobą zrobić.
Dziewczynka szła za labradorem i rozglądała się dookoła. Kiedy przeszli przez bramę, ujrzała dwie żyrafy. Piorun opowiedział jej, że są to strażnicy Zwierzakowa, którzy pilnują, aby nie dostał się tu żaden zły człowiek. Na przykład taki, który nie kocha zwierząt.
- W naszej krainie takich ludzi nazywamy Kućkami - oznajmił piesek.
Piorun opowiedział jej jeszcze wiele ciekawych rzeczy na temat ich krainy. Po drodze mówił jej o różnych zabytkach i domach. Zosi najbardziej podobała się fontanna czekolady, o której Piorun powiedział, że czekała właśnie na nią. Jak głosiła legenda, fontanna ta była zrobiona dla człowieka, który miał przekroczyć bramę Zwierzakowa. Miała to być dziewczynka kochająca zwierzęta i rozumiejąca je. Czekolada z tej fontanny była o różnych smakach: mlecznym, truskawkowym, gorzkim, karmelowym, malinowym, a także łaciata i biała. Labrador wziął magiczny, materiałowy woreczek i napełnij go różnymi smakami tej czekolady.
Kiedy stanęli przed wielkim, złotym budynkiem Piorun powiedział, że są już na miejscu. Weszli po długich schodach i ujrzeli czerwony dywan, a na jego końcu olbrzymie niebiesko – złote legowisko, na którym leżał ogromny, kudłaty, biały pies rasy samojed. Wstał, podszedł do nich i powiedział:
- Witajcie. Piorunie, kogo mi tu przyprowadziłeś? Kim jest ta dziewczyna?
- To jest Zosia. Sądzę, że to ONA.
- Chyba masz rację. Nie mogę w to uwierzyć! Po tylu latach czekania stoisz tu przede mną.
Po tych słowach król pocałował ją w czoło i rzekł do niej:
- Kochana Zosiu, skoro to ty jesteś tą dziewczynką z legendy mam dla ciebie zadania, które musisz wykonać. Pierwsze z nich to odnalezienie kociąt i zaniesienie ich do mamy, która jest zamknięta w domku numer 34 na ulicy Kociej. Zamknął ją tam zły kot Fergus, który przed laty wkradł się do naszej krainy, ale zanim stał się zły był jednym z nas. Nie mógł pogodzić się z tym, że to ja siedzę na tronie i pewnego dnia coś się w nim złamało, a po jego odejściu ten wielki, szary mur pojawił się tutaj sam z siebie. Kiedy wykonasz pierwsze zadanie przyjdź do mnie razem z Piorunem, to opowiem ci o kolejnym. Ruszajcie w drogę. Do zobaczenia.
Dziewczynka wraz z labradorem wyszła na poszukiwanie kociąt. Żadne z nich nie miało jednak pojęcia, gdzie one są? Najpierw weszli do lasu, ale tam ich nie znaleźli, później na łąkę, lecz tam także ich nie było.
- To nie ma sensu, Zwierzakowo jest zbyt duże, a one mogą być wszędzie.
- Zosiu, nigdy nie można się poddawać. Na pewno je w końcu znajdziemy. Co dwie głowy to nie jedna.
Zosia miała tego dosyć. Usiadła na trawie w parku i zaczęła płakać z tęsknoty za rodzicami, a także za Gabrysiem. Było jej tak bardzo brak braciszka pomimo, iż wcześniej była przekonana, że odbiera jej rodziców, ponieważ to na nim skupiają całą uwagę. Nagle coś mokrego załaskotało ją w policzek. Otworzyła oczy i ujrzała przed sobą cztery śliczne, malutkie kotki. Pierwszy był szary, drugi czarny z białym pyszczkiem, trzeci biały, a czwarty, najmniejszy, rudy. Dziewczynka z radości aż podskoczyła.
- Piorunie, zobacz, miałeś rację.
Po wypowiedzeniu tego zdania Zosia mocno objęła jego szyję i przytuliła się do niego. Jej największym marzeniem było posiadanie psa lub kota, a także uczenie się jazdy konnej. Niestety rodzice mówili, że jest jeszcze za mała, a teraz przecież jest Gabryś, i kolejny powód do tego, aby w ich domu nie było psa. Natomiast jeździć konno nie mogła, ponieważ jej mama bała się koni. Za to tata kiedyś był wspaniałym jeźdźcem. Niestety podczas pewnych zawodów spadł z konia i groziła mu amputacja nogi, albo, co gorsze, śmierć. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło, jedynie lekki wstrząs mózgu i rany, które zostaną do końca życia, a mianowicie strach i ból na widok koni. Zosia pomimo, że tata jej to wielokrotnie opowiadał i tak chciała jeździć konno. Nic nie było w stanie jej przed tym zatrzymać.
- Zosiu, poczekaj tutaj, pobiegnę szybko po jakiś koszyczek, bo tak ich nie upilnujemy.
- Dobrze, tylko się pośpiesz.
Piesek wrócił po dwóch minutach ze ślicznym koszyczkiem, który miał na rączce wielką, niebieską kokardkę w czarne kropki. Zosia wsadziła do niego kotki. Wzięła koszyk w rękę i ruszyła na poszukiwanie klucza od domu, w którym zamknięta była mama kociąt.
- Słyszałem kiedyś, że klucz jest w starej recepcji.
- Dobrze, więc idziemy na poszukiwanie właśnie tam.
Minęli po drodze także owy dom z numerem 34. Recepcja była na ulicy Zabytkowej, na której znajdowały się wszystkie stare zabytki i domy. Budynek recepcji był koloru szarego. Pierwszy wszedł do niego Piorun, a za nim Zosia z kociętami w koszyczku. Było tam ciemno, ponieważ okna może i były duże, ale też całe brudne i zakurzone. Dziewczynka zauważyła, że półki z kluczami są posortowane według nazw ulic.
- Ulica Kocia, czyli muszę szukać w ulicach na literę K.
Po pewnym czasie Zosia odszukała klucz. Kiedy tylko wzięła go do ręki znalazła się przed domem numer 34 na ulicy Kociej. Wsadziła go do zamka, przekręciła i weszła do środka. Kiedy tylko postawiła koszyk na dywanie, kotki od razu z niego wyskoczyły i pobiegły do mamy, a ona bardzo wylewnie jej podziękowała. Wszyscy razem poszli do króla Burka. Kiedy dotarli na miejsce samojed przywitał kocicę:
- Witaj Mirando. Teraz zamieszkacie tutaj, w moim pałacu.
- Och, dziękuję ci, królu.
- Zosiu, a teraz prześpij się, bo jutro dostaniesz ode mnie drugą misję do spełnienia. Piorun zaprowadzi cię do sypialni, w której będziesz spać. Dobranoc.
- Dobranoc, królu.
Kiedy Zosia weszła do swojego pokoju nie mogła uwierzyć. Był urządzony w jej ulubionej kolorystyce czyli w bieli i beżach. Lampka była w kształcie konia, szafa miała na sobie naklejkę z koniem, a na ścianach wisiały obrazki z końmi w galopie. Na podłodze stała także duża figurka konia, na której było miejsce na siodło, kantar, ogłowie. Można było nawet założyć ochraniacze lub owijki! Łóżko było olbrzymie i do tego z baldachimem i pościelą w jej ukochane czworonogi.
- Podoba ci się?
- Czy mi się podoba? Przecież on jest cudowny, ale skąd wy wiedzieliście, że ja...
- Znamy cię lepiej, niż ty siebie sama, wiem też, co sądzisz o swoim braciszku Gabrysiu. Twoim marzeniem jest mieć psa lub kota i jeździć konno.
- Kocham cię. Jesteś wspaniały.
- Ja ciebie też, ale teraz już pora spać. Dobranoc, Zosiu.
- Dobranoc.
Dziewczynka bardzo szybko zasnęła. Nazajutrz obudziły ją kocięta. Zjadła czekoladę, którą podał jej labrador.
- Piorunie, czy to jest ta sama czekolada, którą wsadziłeś do woreczka?
- Tak, to ta.
- Ale przecież ona była do picia.
- To magiczny worek.
Po zjedzeniu tego niecodziennego śniadania zeszła na dół do króla.
- Zosieńko, to drugie i jednocześnie ostatnie zadanie. Jest bardzo trudne. Musisz oswoić Mustanga i go zajeździć. Czy kiedykolwiek jeździłaś konno?
- Niestety nie, ale bardzo bym chciała się uczyć.
- Piorunie, ona sobie z tym nie poradzi.
- Dajmy jej szansę. Będę cały czas koło niej. Nic się nie stanie-przekonywał labrador.
- Zosiu, to ty musisz podjąć decyzję.
- Chcę spróbować.
- Dobrze, zatem idźcie już. Życzę powodzenia.
- Dziękuję.
Pies zaprowadził ją na łąkę, po której galopował Mustang. Piękny, gniady konik. Piorun nakazał jej podejść bliżej, a sam odszedł i patrzył, jak dziewczynka sobie radzi. Zosia szła w kierunku gniadosza z marchewką w ręce. Koń nagle przeszedł do kłusu, a potem do stępa i stanął. Stał tak patrząc na dziewczynkę. Podeszła bliżej, ale on się cofnął. Odwróciła się i wystawiła do tyłu rękę z marchewką. Koń po chwili podszedł do niej nieśmiało i Zosia poczuła na ręce jego ciepły oddech. Mustang wziął szybko marchew z jej dłoni i pokłusował dalej. Zosia usłyszała nagle:
- Brawo, brawo. To było niesamowite.
- Dziękuję, Piorunie.
- Teraz musisz podejść do niego tak, żeby nie uciekł, ale już bez marchewki. Najważniejsze jest zaufanie, pamiętaj.
Zosia wzięła głęboki oddech i bez wahania podeszła do konia. Kiedy znalazła się metr od niego, odwróciła się i czekała. Mustang podszedł do niej i oparł lekko łeb o jej ramię. Gdy ściągnął głowę, Zosia odwróciła się do niego i pogłaskała go. Ku jej zdziwieniu nie uciekł. Podeszła do Pioruna po kantar i uwiąz, ale nie musiała iść z powrotem po konia, bo to on poszedł za nią.
- Zdobyłaś jego zaufanie, a on twoje. Brawo! Teraz tylko musisz założyć mu kantar i zapiąć uwiąz, a kiedy się to uda, pomogę ci na niego wsiąść. Wtedy okaże się, czy zaufanie jest prawdziwe.
Zosia powoli założyła kantar. Koń cofnął się. Dziewczynka wzięła do ręki uwiąz i podeszła jeszcze bliżej. Tym razem dał się zapiąć. Zosia zaprowadziła go pod schodki, które wcześniej przyniosła. Weszła na nie, a Piorun złapał za uwiąz.
-Ale tak bez siodła?
- Pamiętaj, to nasza kraina, nie ma tu wędzideł, są one szkodliwe dla konia, tak samo jest z siodłem. Będziesz jechać na oklep.
- Dobrze, rozumiem.
Wsiadła na niego bez problemu. Kiedy na nim siedziała, Piorun odpiął uwiąz, a koń zaczął stępować. Dziewczynka strasznie się bała, ale wiedziała, że musi mu zaufać. Koń zaczął kłusować. Nagle przeszedł do galopu i zadębował. Zosia zsunęła się mu na szyję i prawie spadła, ale w ostatniej chwili zdążyła powiedzieć:
- Proszę, zatrzymaj się, ja cię rozumiem.
Mustang nagle przeszedł do kłusu, a potem do stępa. Dziewczynka poklepała go po szyi i podziękowała.
- Kocham galopować, a za to, że zadębowałem bardzo cię przepraszam.
- Ty mówisz?
- Nie mówiłem, nie mogłem, ale ty przywróciłaś mi wiarę i nagle to, co chciałem powiedzieć po prostu wyszło mi z ust i ty to usłyszałaś.
- Teraz, proszę, podjedź pod stołek.
- Dobrze. A co ze mną zrobisz?
- Zaprowadzę cię do króla.
Koń zrobił to, o co poprosiła go Zosia i razem z Piorunem zapięła mu uwiąz, po czym zaprowadziła go do króla.
- Witaj Mustangu-rzekł Burek.
- Dzień dobry królu.
- Zosiu, wspaniale sobie poradziłaś z tymi dwoma zadaniami. W nagrodę możesz zabrać ze sobą Pioruna, jedno z kociąt Mirandy i Mustanga. Oczywiście, jeśli kocica ci pozwoli.
- Zosieńko, oczywiście, że możesz jedno zabrać, a które byś chciała?
- Hmm... nie wiem. Chyba tego rudego. Jak się on wabi?
- Świetny wybór. To jest Rudek.
- Zosiu, musisz mi obiecać, że dobrze zaopiekujesz się swoimi zwierzątkami i że na Mustangu będziesz jeździła bez ogłowia i bez siodła i nie będziesz używać palcatu.
- Obiecuję.
- Dobrze, a więc wsiadaj na Mustanga, masz tu koszyk z Rudkiem, a ty, Piorunie, pojedziesz z Zosią.
Zosia już siedziała na koniu, Piorun zresztą też.
- Do widzenia - Zosia pomachała na pożegnanie.
- Pa, pa, Zosieńko.
Nagle koń zaczął kłusować i pojechali przed siebie. Przejechali przez bramę, potem przez las. Zosia zapytała:
- Jak my przejedziemy przez ten szary mur, który jest na końcu lasu?
- Nie mam pojęcia, Zosiu.
Jechali przed siebie i nagle zza drzew wyłonił się mur, który runął na ich oczach. Koń ostrożnie przejechał przez cegły i pogalopował dalej. Jechali jeszcze przez godzinę, aż dotarli do Mirosławca wprost pod dom Zosi. Dziewczynka zeszła z konia i weszła przez bramę do domu.
- Mamo, tato, już jestem.
- Zosia, to ty? - zapytała zdziwiona mama.
- Tak, to ja.
Dziewczynka mocno przytuliła mamę. Po chwili przyszedł tata.
- Tato, tak bardzo tęskniłam za wami.
- My za tobą też.
- Gabrysiu, przepraszam cię za wszystko.
- Gagaga - odpowiedział uśmiechnięty braciszek Zosi.
- Chodźce za mną, coś wam pokażę. Dziewczynka zaprowadziła ich przed dom, gdzie stał Mustang, Piorun i Rudek w koszyczku.
- Ojej, jakie słodkie zwierzaczki. Skąd ty je masz?
- To długa historia.
- A więc usiądziemy na kanapie wszyscy razem i bardzo chętnie jej posłuchamy, kochanie.
- Ale najpierw musimy znaleźć dom dla tego konia, Zosieńko. Może w stadninie, w której chciałaś jeździć? Jeździłabyś tam na swoim własnym koniu.
- Byłoby wspaniale.
Tata Zosi zadzwonił do stadniny, aby przyjechali z przyczepą. Właścicielka zgodziła się i powiedziała, że dziewczynka może przyjeżdżać do Mustanga, kiedy tylko będzie chciała.
Zosia nie ma daleko do stadniny, dlatego też teraz jeździ do Mustanga codziennie, na rowerze. Ma w tej chwili 13 lat i radzi sobie bardzo dobrze, bierze udział w różnych konkursach jeździeckich, a najważniejsze jest to, że jeździ na oklep, naturalnie, tak jak nakazał jej król.
Autorzy pracy:
Małgorzata Grzyb
Anna Grzyb
Ilustracje: Zuzanna Grzyb, Kamil Grzyb








SPONSORZY NAGRÓD


PATRONI



KOMENTARZE


KATALOGI
 
Projekty
PROMUJEMY


WSPÓŁPRACUJEMY

Copyright by Biblioteczka Malucha 2010-2017, Kontakt: redakcja@biblioteczkamalucha.pl
Korzystamy z ciasteczek w przyjaznych zamiarach, poznaj naszą politykę prywatności.