Subskrybuj nasz newsletter
Opowieści z całej Polski 2016: Tarnowski kataryniarz
Jak co dzień stałem sobie na Placu Bema i robiłem to, co kocham, - grałem. Kręciłem wolno korbą mojej katarynki, a z jej wnętrza sączyły się melodie. Dochodziło południe, ale ruch na targowisku wciąż był spory. Przekupki przekrzykiwały się zachwalając swoje towary, a mieszkańcy Tarnowa targowali się zawzięcie. Pomiędzy straganami dzieci bawiły się w berka. Doprowadzając tym dorosłych do złości, bo co rusz wpadały pod nogi tłumu lub potrącały towary wystawione na sprzedaż. Tylko czasem przystawały na chwilę przede mną zasłuchane w rytm katarynki. Były wakacje więc miały sporo czasu na zabawę i psoty. Miałem wrażenie, że wszystko wokół wiruje w takt wygrywanej przeze mnie melodii. Gdy dźwięki zwalniały i ruch na targowisku zamierał, by znów ożyć ze zdwojoną siłą przy szybszym akompaniamencie.
Zgłodniałam. Chodźmy na obiad! - zaskrzeczała Karafka, papuga siedząca na moim ramieniu.
Tak mnie tym zaskoczyła, że oderwałem rękę od korby i katarynka zamilkła.
Porra na obiad! Porra na obiad! - powtórzyła z przeciągłym „r”.
Dobrze, chodźmy. - podniosłem z ziemi mój cylinder i wysypałem jego zawartość na lawą dłoń. Z kapelusza wypadło kilka monet, które rozpoczęłam przeliczać. Karafka nachyliła się nad moją ręką i postukała w nią dziobem.
Poznasz dziś kogoś wyjątkowego, kto okaże się kimś innym niż myślałeś. - wywróżyła.
Karafka! Ty i te twoje wróżby! - prychnąłem. Moja papuga wróżyła z ręki mieszkańcom miasta w zamian za smakołyki lub pieniądze. Zazwyczaj zmyślała wróżby na poczekaniu, w zależności od tego, co dana osoba chciała usłyszeć. Jednak czasami jej przepowiednie się sprawdzały.
Mieszkałem niedaleko, po drugiej stronie rzeki, więc nie zastanawiając się długo, z katarynką pod pachą i papugą na ramieniu, udałem się do domu na posiłek. Przechodząc przez most na Wątoku usłyszałem płacz. Szlochanie dochodziło, gdzieś spod mostu. Zaciekawiony wychyliłem się przez poręcz. Aż stanąłem na palcach, by dojrzeć skuloną postać pod mostem. Karafka zachwiała się na moim ramieniu i tylko skrzydła uratowały ją przed kąpielą w rzece.
Ktoś ty? Dlaczego rryczysz? - zaskrzeczała papuga.
Lecz zamiast odpowiedzi usłyszeliśmy jeszcze donośniejszy lament.
Wszedłem pod most, żeby sprawdzić co się stało, bo to zawodzenie chwytało za serce. Najpierw zobaczyłem długie, kręcone i bardzo poplątane kasztanowe włosy, a później ich właścicielkę. Młodą dziewczynę w brudnym i potarganym ubraniu. Miała czerwone od płaczu oczu, ale i tak była ładna.
Czy teraz wyjaśnisz dlaczego łkasz? - zapytałem.
Bo jestem głodna! - odparła dziewczyna i znów wybuchnęła płaczem.
To tak jak ja! - zawtórowała Katarynka.
Zapraszam cię na obiad. - powiedziałem do dziewczyny i chwyciłem ją za rękę delikatnie pociągając za sobą.
Przez całą drogę do domu Karafka zasypywała naszą nową znajomą pytaniami:
Jak masz na imię? Gdzie mieszkasz? Gdzie twoi rrodzice? Gdzie się tak ubrrudziłaś? Powrróżyć ci?
Lecz dziewczyna nie była skora do rozmów.
Mieszkałem w małym drewnianym domku z niebieskimi okiennicami. Kiedy tam dochodziliśmy całej naszej trójce kiszki głośno grały marsza. Wewnątrz odgrzałem zupę ziemniaczaną, która przysięgam, pachniała przepysznie. Dziewczyna trochę się rozchmurzyła, a na widok miski z zupą obdarzyła mnie ślicznym i szczerym uśmiechem. Posiliła się i powiedziała:
Dziękuję. To był mój pierwszy posiłek od wczoraj. Mam na imię Katarzyna. Czy mogę z wami zamieszkać?
Już z papugą miałem wystarczająco dużo kłopotów. Po co mi jeszcze dziewczyna? - pomyślałem. Jednak zanim zdążyłem się odezwać Karafka wtrąciła:
Z rradością cię przygarrniemy!
I tak Katarzyna zamieszkała z nami. Okazało się, że jest sierotą. Jej mała zmarła dawno temu. Tata ożenił się ponownie, lecz po pewnym czasie i on odszedł, a surowa macocha wygoniła ją z domu.
Codziennie rano ja i Karafka wychodziliśmy w miasto, by grać dla mieszkańców Tarnowa na katarynce. Natomiast Katarzyna zajmowała się domem. Szło jej to nieporadnie, jak gdyby nigdy wcześniej tego nie robiła. Przypalała potrawy, dodawała za dużo soli lub odwrotnie zupełnie o niej zapominała. Raz, gdy wywiesiła pranie na sznurku przed domem, wiatr porwał moją najlepszą koszulę i tyle ją widziałem, bo Katarzyna zapomniała o klamerkach do bielizny. Jednak wiedziałem, że z wdzięczności za przygarnięcie starała się nam pomagać najlepiej jak umiała.
We wtorek ruch na targowisku był marny. Za to upał był nie do zniesienia. Od tygodnia słońce prażyło od rana do wieczora, a rozleniwieni Tarnowianie sunęli przez miasto wolno i ospale. Kto nie musiał, ten nie wychylał czubka nosa z cienia lub chłodnych suteren kamienic. Postanowiłem, że recital na Placu Bema zakończę wcześniej, a po powrocie do domu odpocznę w cieniu rozłożystej jabłoni na podwórku. Karafce, jak każdej gadule dziób nie zamykał się przez całą drogę powrotną. Byliśmy już blisko, gdy to słyszałem.
Cicho Karafka! - powiedziałem zdecydowanym tonem, ale papuga nie umilkła. - Zamknij dziób i słuchaj! - zdenerwowałem się.
Papuga zdziwiona umilkła i zaczęła nasłuchiwać. Przez otwarte okno naszej chatki dochodził do nas cudowny dziewczęcy śpiew:
Księżniczko ma,
niech los ci da,
tylko to, co dobre jest,
od ludzi przyjazny gest.
Poznaj miłość prawdziwą
i osobę troskliwą,
odpłać się uśmiechem,
niech dobro niesie się echem.
To nasza Katarzynka była właścicielką tego słodkiego głosiku. Zasłuchani weszliśmy do domu.
- Pięknie śpiewasz. Chodź z nami jutrro na tarrg, zanucisz coś dla mieszkańców Tarrnowa! - Karafka jakby czytała w moich myślach, też chciałem to zaproponować.
Katarzyna nie podzielała naszego entuzjazmu tym pomysłem, ale po długich namowach zgodziła się.
W środę o świcie wyruszyliśmy na tag we trójkę. Po nocnej burzy powietrze było przyjemnie rześkie. Wyglądało na to, że fala upałów minęła, więc ruch w mieście nabierze tempa. Nie myliłem się. Na targowisku było gwarno i tłoczno. Uruchomiłem katarynkę, a z ust Katarzyny popłynęły prześliczne słowa piosenki o księżniczce szukającej dobra w ludziach. Katarynka grała, Katarzyna zachwycała śpiewem, Karafka zasłuchana kiwała głową w takt muzyki. Wokół nas zebrało się dużo zaciekawionych osób. Grono słuchaczy rosło z minuty na minutę. Wiedziałem, że to zasługa Katarzyny i jej nieziemskiego głosu. Rozczuliłem się widząc to wszystko, a oczy zaszkliły mi się ze wzruszenia. Wtem w tłumie nastało jakieś poruszenie. Mrugnąłem szybko powiekami, by pozbyć się z oczu mgiełki tkliwości. Patrzę, a przez zbiegowisko przepycha się jakaś ważna osobistość w odświętnym stroku. Drogę torują mu uzbrojeni rycerze. W pośpiechu mrugnąłem jeszcze dwa razy i widzę, że nadciąga potężny, brodaty jegomość w koronie. Toż to sam król! - przeszło mi przez myśl.
Córeczko! Tu jesteś! Wszędzie cie szukałem! Martwiłem się o ciebie! - wykrzyknął król zwracając się do... nie uwierzycie... do naszej Katarzynki!
Świadkowie tego zdarzenia, a było ich sporo, wydali z siebie pomruk zaskoczenia i wraz ze mną na czele, z otwartymi ze zdziwienia ustami czekani na dalszy rozwój sytuacji.
Córeczko, wracaj ze mną do zamku na gorze Świętego Marcina, królowa nie śpi po nocach z tęsknoty za tobą. - kontynuował król.
Przestałem grać na katarynce, uznałem, ze ta chwila wymaga podkreślenia poprzez ciszę. Nawet Karafce odebrało na chwilę mowę. Księżniczka Katarzyna dokończyła piosenkę po czym odrzekła stanowczym tonem:
Nie tatusiu! Uciekłam z zamku, bo kazałeś mi poślubić księcia Krzywosąda z Nowego Sącza, a ja go nie kocham. On jest niemiły i złośliwy, nie chcę takiego męża.
Już dobrze córeczko. Pozwolę ci samej decydować o swojej przyszłości, tylko wracaj na zamek. - odrzekł król pojednawczym tonem.
Królewska rodzina rzuciła się sobie w objęcia.
Już idę tatusiu, tylko pożegnam się z przyjaciółmi – szepnęła księżniczka na ucho swojego ojca.
Katarzyna podeszła do nas i powiedziała:
Przepraszam, że was okłamałam, ale bałam się, że tylko będziecie udawać moich przyjaciół przez wgląd na moją pozycję, a nie na to jakim jestem człowiekiem. Spędziłam z wami cudowne chwile. Zawsze będziecie mile widziani na zamku. Zapraszam! - uśmiechnęła się serdecznie, po czym odeszła wraz z królem i jego świtą.
Jakiś czas później ja i Karafka dostaliśmy zaproszenie na ślub księżniczki Katarzyny i znakomitego rycerza Krzesimira z Łęgu Tarnowskiego. To była cudowna uroczystość, a wesele uświetniłem występem na katarynce. Tak oto spełniła się wróżba Karafki.
Minęło wiele czasu od tamtego upalnego lata, gdy poznałem królewską córkę. Dziś znów, jak przed laty, stoję z papugą na ramieniu na Placu Bena w Tarnowie i gram na katarynce dla przechodniów. Przyjdź i posłuchaj!
Natomiast z zamku zostały już tylko ruiny, w których, jeżeli się dobrze wsłuchasz, usłyszysz przepięknie śpiewające Katarzynkę.
Autorzy pracy:
Mikuła Team (czyli Justyna, Florian i Marek Mikuła)








SPONSORZY NAGRÓD


PATRONI



KOMENTARZE


KATALOGI
 
Projekty
PROMUJEMY


WSPÓŁPRACUJEMY

Copyright by Biblioteczka Malucha 2010-2017, Kontakt: redakcja@biblioteczkamalucha.pl
Korzystamy z ciasteczek w przyjaznych zamiarach, poznaj naszą politykę prywatności.