Subskrybuj nasz newsletter
Opowieści z całej Polski 2016: Tajemnica zaginionej trąbki
Koństanty Ildefons był dumny, że pracuje w samym sercu Krakowa – na Rynku Głównym. Codziennie przez kilka godzin obwoził turystów uliczkami Starego Miasta. Znał tu każdą kamienicę, każdy kościół, można by rzec – każdy kamień. Krakowskie legendy miał w małym paluszku... a w zasadzie w kopycie. Otóż Koństanty Ildefons był koniem. Koniem dorożkarskim, ma się rozumieć. Ihahaha!
Przedtem dorożkę ciągnął jego ojciec, a jeszcze wcześniej dziadek. Teraz rodzinną tradycję kontynuował Koństanty. Nie był jak inne konie, pracujące na Rynku – nie stroił się w kolorowe pióropusze, czy kapelusze, by przyciągnąć zagranicznych turystów . Miał swoją godność. Końską godność ma się rozumieć. Ihahaha!.
Tego dnia było wyjątkowo gorąco, jak to w lipcu. Koństanty właśnie skończył obwozić sympatyczną rodzinkę i zaparkował na swoim stałym miejscu, na wprost Kościoła Mariackiego. Słońce świeciło wysoko na niebie, upał dawał się we znaki. Koństanty odpoczywał, gdy nagle poczuł dziwne szturchnięcie.
„Co u licha?” - pomyślał i obejrzał się. Wysoki, chudy jegomość, który szedł oglądając się za siebie, wmaszerował z impetem w bok Koństantego. Sekundę później na chudego wpadł jego kolega – niski i okrągły jak baryłka. Gapowaci otrząsnęli się zdziwieni i stanęli oko w oko z rozgniewanym koniem. Krzyknęli ze strachu i szybko uciekli. Nawet nie powiedzieli „przepraszam”! Koństanty patrzył na nich z oburzeniem. Wtem promień słońca odbił się od jakiegoś złotego przedmiotu, który wystawał z kieszeni Chudzielca. Jasny błysk przez moment oślepił konia.
- Za minutę dwunasta! - zawołał ktoś w tłumie. Podekscytowani turyści zaczęli gromadzić się na wprost Kościoła Mariackiego. Każdy wpatrywał się w małe okienko na wyższej wieży. Za chwilkę miał się tam pojawić hejnalista, by zagrać na trąbce Hejnał Mariacki.
Ludzie powyciągali telefony komórkowe, gotowi do nagrywania. Czekali w napięciu... ale nic się nie wydarzyło.
- Co jest grane? - mruknął młodzieniec z iphonem w ręce.
- Panie, no właśnie nic nie jest grane – odparł brzuchaty turysta w słomkowym kapeluszu.
- Eee, przereklamowany ten Kraków – dodał ktoś obok.
Podczas, gdy ludzie narzekali, Koństantego ogarnęły złe przeczucia.
- Centuś! - zawołał.
- Centuś był gołębiem, przyjacielem Koństantego. Wyróżniał się w ptasim tłumie - miał jasnopopielate piórka w grafitowe cętki.
- Co się stało?
Hejnalista nie pojawił się w oknie. Coś mi tu nie gra... Leć na górę i zobacz, czy wszystko w porządku.
Centusiowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wzniósł się w powietrze, by po chwili znaleźć się przy oknie hejnalicy. Szybko ocenił sytuację i wrócił energicznie trzepocząc skrzydłami.
- Hejnalista zakneblowany i przywiązany do krzesła! Trąbki nigdzie nie ma! Ktoś ją ukradł!
- Wiedziałem! - odparł Koństanty, po czym prychnął na Jurka, swojego woźnicę. Ci dwaj rozumieli się bez słów. Koń wskazał łbem na gołębia, potem na okno wieży. Dramatycznie przewrócił oczami.
- Hejnalista? Już tam biegnę – powiedział zaniepokojony Jurek i ruszył w stronę kościoła.
W tym momencie Koństanty przypomniał sobie połyskujący przedmiot, wystający z kieszeni gapowatego Chudzielca. Dlaczego ci dwaj tak się spieszyli? Czemu oglądali się za siebie, zamiast patrzeć pod nogi? Od początku wydawali się podejrzani. „To oni ukradli trąbkę” - pomyślał Koństanty. Ma się ten instynkt. Koński instynkt ma się rozumieć. Ihahaha!
Koństanty myślał szybko. Nie było czasu do stracenia. W końcu najbliższy hejnał miał rozbrzmieć za godzinę. Trzeba ratować trąbkę i honor miasta.
- Precel, do mnie! - zawołał koń. Precel był jamnikiem kwiaciarki, Pani Stasi. Przyjaźnił się z Koństantym i Centusiem.
- O co chodzi? Dlaczego jesteście tacy zdenerwowani?
- Rabusie wdarli się na wieżę Mariacką, związali Hejnalistę i ukradli trąbkę – wyjaśnił gołąb.
Koństanty szybko opisał przyjaciołom wygląd złodziei. Miał już gotowy plan działania.
- Centuś, leć na zwiady. Z góry łatwiej ich wypatrzysz. My pójdziemy za tobą, Precel będzie węszył.
Precel nie był pewien, czy potrafi. Znał się przede wszystkim na kwiatach i ich zapachach. Mimo to dzielnie wypiął pierś, by następnie przystawić nos do ziemi.
- W drogę, przyjaciele!
Już po kilku minutach Centuś dał znak, że wypatrzył rabusiów. Podążali ulicą Grodzką – traktem, którym niegdyś królowie jeździli na Wawel. Koń i jamnik ruszyli w pościg. Koństanty wytężał wzrok. Wszędzie pełno było turystów, jak to latem. Panował zgiełk i hałas. Dziewczyna w czarnej sukni grała na skrzypcach. Kilka metrów dalej rozstawił się długowłosy młodzieniec z gitarą. Po drugiej stronie ulicy do występu przygotowywał się zespół krakowski – Krakowiak stroił trąbkę, a Krakowianka przygrywała pierwsze dźwięki na grzebieniu.
- Nigdzie ich nie ma – rzekł Precel, oglądając się na wszystkie strony i wykręcając swoje długie, giętkie ciało niczym precel. - Przez tych grajków uszy mi więdną. Nie powinni grać wszyscy naraz.
Koństanty też wolałby, żeby było ciszej. Przez ten hałas nie mógł się skupić. Rzewna melodia grana na skrzypcach, gitarowe popisy młodego rockmena, a do tego Krakowiacy na trąbce i grzebieniu to naprawdę za wiele, jak na jedną ulicę. Zaraz, zaraz... Krakowiacy na trąbce i grzebieniu? A od kiedy oni grają na trąbce i grzebieniu? Koństanty zawsze widywał ich z akordeonem i kontrabasem. Gdy usłyszał bolesny fałsz trąbki, wszystko stało się jasne.
- To przebrani rabusie! Łapać ich! Ihahaha! - zarżał donośnie.
Chudzielec i Baryła zaczęli uciekać, zrzucając po drodze krakowskie stroje. Przebiegli przez skrzyżowanie tuż przed nadjeżdżającym tramwajem. Wąsaty motorniczy pogroził im ręką.
- Życie wam niemiłe? - zawołał.
Zwierzęta musiały poczekać, aż tramwaj przejedzie. Niestety, to wystarczyło, by stracić z oczu złodziejaszków.
- Precel, węsz – dopingował przyjaciela Koństanty. Jamnik maszerował z nosem przy ziemi, ale niestety – węch płatał mu figle. Wciąż prowadził go w stronę budek z kebabem.
Centuś latał nad głowami przechodniów, ale nigdzie nie mógł dostrzec rabusiów. Koństanty z trudem przedzierał się przez grupę turystów, którzy podziwiali taniec Lajkonika. Jedni pstrykali zdjęcia, inni bili brawo.
- Coś mi tu śmierdzi – rzekł koń z namysłem.
Zdziwiony jamnik podniósł głowę:
- Ja nic nie czuję.
Tradycyjny pochód Lajkonika odbywa się osiem dni po święcie Bożego Ciała – wyjaśnił Koństanty, który doskonale znał krakowskie zwyczaje.
- Przyjacielu, nie mamy czasu na podziwianie występów. Ścigamy złodziei – przypomniał Precel.
- Ihahaha! Właśnie o to mi chodzi – zarżał koń. - Pochód Lajkonika już był, późną wiosną. Teraz mamy wakacje. Jeśli to nie jest prawdziwy Lajkonik, to oznacza, że przebrali się za niego...
- Rabusie! - dokończył jamnik i zaszczekał bojowo.
Chytrzy złodzieje znów okazali się szybsi. Pognali, co sił w nogach, pozbywając się po drodze kolorowego kostiumu. Zdezorientowani turyści zagrodzili drogę zwierzętom. Myśleli, że pies wystraszył biednego Lajkonika. Na szczęście Koństanty i Precel zdołali przedrzeć się przez tłum, ale znów stracili ślad. Dotarli na koniec ulicy i stanęli bezradnie. Co teraz? Czy rabusie pobiegli plantami? A może ruszyli brukowaną drogą wprost na Wawel? Mogli też skierować się nad Wisłę...
Koństanty rozejrzał się wkoło, szukając wskazówki. Ludzie mijali ich, zajęci swoimi sprawami. Stojący obok mimowie, cali w bieli, patrzyli nieruchomo przed siebie. W Krakowie pełno jest poprzebieranych mimów, którzy na cały dzień zastygają w jednej pozycji, niczym kamienne figury. Koństanty codziennie podziwiał ich wytrwałość, kiedy obwoził dorożką turystów. Wydawało mu się jednak, że tę dwójkę widzi po raz pierwszy. Z rozmyślań wyrwał go piskliwy, kobiecy głos:
- Panie władzo, czy zwierzęta mogą tak paradować po mieście bez żadnego nadzoru? Przed chwilą ten jamnik wystraszył Lajkonika. Natomiast ten koń prawie stratował grupę turystów – skarżyła się kobieta stojącemu przy niej policjantowi.
- Będą kłopoty – szepnął Precel.
Koństanty nie zdążył odpowiedzieć, gdyż nagle zakręciło mu się w nosie. Kichnął z taką siłą, że z mimów opadł biały puder – była to prawdopodobnie mąka, skradziona z pobliskiej piekarni. Gdy biała mgła opadła na ziemię, okazało się, że to nie żadni mimowie, tylko Chudzielec i Baryła. Przestraszeni rabusie puścili się pędem w stronę Wisły. Koństanty i Precel pognali za nimi. Za zwierzętami ruszył zaś policjant, przekonany, że koń i jamnik uciekają przed nim. Takie pościgi zawsze przyciągają tłum gapiów. Nie trudno się więc domyślić, że do policjanta dołączyli zainteresowani turyści i mieszkańcy.
Precel i Koństanty biegli brzegiem Wisły. Drogę wskazywały im białe ślady. Niestety w pewnym momencie trop się urwał.
- Ukryli się w Smoczej Jamie! – zawołał Centuś, lądując obok przyjaciół.
- Wchodzimy – zdecydował Koństanty.
- A co jeśli są uzbrojeni? - zawahał się Precel.
Przyjaciele spojrzeli na siebie. Głosy policjanta i towarzyszy słychać było coraz bliżej.
- Nie bójcie się – powiedział Koństanty. - Pamiętacie kto uratował Kraków przed Smokiem Wawelskim?
- Szewczyk – odparł Centuś.
- E tam, Szewczyk. Szewczyk nic by nie zdziałał bez barana. Kiedyś to właśnie zwierzę uratowało miasto i teraz też tak będzie. Ruszamy, chłopaki. Jeśli się boicie, wskakujcie na mnie.
Zachęcony Precel wdrapał się na grzbiet Koństantego. Centuś usiadł Preclowi na głowie. Po chwili znaleźli się w ciemnościach Smoczej Jamy. Starali się zachowywać jak najciszej. Powoli ruszyli w stronę światła pochodni.
Tymczasem Chudzielec i Baryła rozważali, czy lepiej uciekać dalej, czy ukryć trąbkę w jaskini i wrócić po nią później. Zamierzali sprzedać ją jakiemuś bogatemu kolekcjonerowi niepowtarzalnych okazów.
- Trzeba tylko pozbyć się tych natrętnych zwierząt – szeptał Chudzielec. - Później czeka na nas góra pieniędzy.
Nagle dało się słyszeć jakiś dźwięk. Rabusie rozejrzeli się panicznie.
- Nie podoba mi się to miejsce – rzekł bojaźliwy Baryła. - Wiesz, że kiedyś mieszkał tu Smok Wawelski – ziejąca ogniem bestia?
- Nie opowiadaj bzdur, to tylko legenda – skarcił wspólnika Chudzielec, choć sam dostał gęsiej skórki na myśl o zielonym potworze.
Wtem, na przeciwległej ścianie jaskini, w bladym świetle pochodni ukazał się przedziwny cień. Ani Chudzielec, ani Baryła, nigdy wcześniej nie widzieli czegoś podobnego. Paskudztwo miało trzy głowy, rogi, skrzydła, i nie wiadomo ile nóg!
- Aaa! - wrzasnął przerażony Baryła.
- Auuu Brrr Ihahaha – zawyła bestia. To musiał być Smok Wawelski! Tak dziwny odgłos może wydać z siebie jedynie legendarny potwór.
- Ratunku! - krzyknęli rabusie i rzucili się w stronę wyjścia, nie oglądając się za siebie.
Wpadli wprost w ramiona policji.
- A co my tu mamy? - zapytał stróż prawa. - Czy to nie przypadkiem trąbka naszego hejnalisty?
- Nieładnie – pokręcił głową drugi policjant. - Zaraz wszystko nam wyjaśnicie. Zabieramy was na posterunek – to mówiąc, zapiął rabusiów w kajdanki.
- A trąbkę oddamy właścicielowi – dodał . Jest za pięć trzynasta. Niestety hejnalista nie zdąży zagrać o pełnej godzinie...
- W tym momencie z jaskini wychylił się Koństanty. Wystarczyło jedno spojrzenie, by policjanci zrozumieli, że zwierzęta nie bez powodu narobiły takiego rabanu. To dzięki nim rabusie zostali schwytani.
- Dziękujemy za pomoc w złapaniu przestępców – przemówił stróż prawa. - Szkoda tylko, że trąbka nie trafi we właściwe ręce na 13:00...
Koństanty zachęcająco ustawił się przed policjantem.
- Czy dobrze rozumiem? Podwieziesz mnie do Kościoła Mariackiego? To genialny pomysł! Ale czy zdążymy? Potrafisz szybko biegać?
Koństanty prychnął urażony. To, że był koniem dorożkarskim nie oznacza, że nie mógłby od czasu do czasu stać się koniem policyjnym... albo wyścigowym. Gdy tylko stróż prawa usiadł mu na grzbiecie, Koństanty pognał jak błyskawica. Aż posterunkowy musiał przytrzymywać sobie czapkę!
Punktualnie o 13:00 z wieży Kościoła Mariackiego rozbrzmiała znana w całej Polsce melodia. Dźwięki popłynęły ze złotej trąbki na cztery strony świata. Najpierw w kierunku Wawelskiego Zamku – tam hejnał usłyszeli Precel i Centuś, którzy spacerkiem wracali ze Smoczej Jamy. Następnie hejnalista zagrał w stronę Rynku, dla kwiaciarek, dorożkarzy, kupców i mieszkańców. Później w kierunku Bramy Floriańskiej – dla turystów. Na końcu w stronę Małego Rynku. Melodia popłynęła wprost do uszu Koństantego, który po szaleńczym galopie chłodził się przy fontannie.
- Spisałeś się na medal – rzekł Jurek i czule poklepał konia po szyi.
Cóż, ktoś musi dbać o porządek w tym mieście. Ihahaha!
Autorzy pracy:
Julianna, Jakub, Amelia, Anna i Marianna Wołek (przy wsparciu miesięcznej Róży)








SPONSORZY NAGRÓD


PATRONI



KOMENTARZE


KATALOGI
 
Projekty
PROMUJEMY


WSPÓŁPRACUJEMY

Copyright by Biblioteczka Malucha 2010-2017, Kontakt: redakcja@biblioteczkamalucha.pl
Korzystamy z ciasteczek w przyjaznych zamiarach, poznaj naszą politykę prywatności.