Subskrybuj nasz newsletter
Opowieści z całej Polski 2016: Ptaki zawsze górą
Masia i Taś byli najbardziej szanowaną parą kaczek nad zalewem. Każdy liczył się z ich zdaniem, nic nie mogło zostać postanowione bez ich aprobaty, można powiedzieć, że byli niekoronowaną parą królewską w swoim akwenie. Zalew Arkadia wprawdzie był sztucznym zbiornikiem wodnym, ale władza Masi i Tasia nie była ani odrobinę iluzoryczna – każda kaczka, ba – nawet i każdy łabędź czuł się w obowiązku skonsultować z nimi związanie się na stałe z innym ptakiem, lokalizację gniazda, metody wychowania potomstwa, po prostu wszystko.
Zalew – zgodnie z nazwą – rzeczywiście zdawał się być idyllicznym miejscem – spora wysepka, piękna okolica. Wokół zalewu położono chodnik, zatem można było tu spotkać fanów spacerów i miłośników sportu, którzy z zapałem robili po parę kółek. A na dodatek w tym miejscu obowiązywał zakaz wyprowadzania psów! Była to niezwykle miła okoliczność, a jej zaistnienie było możliwe... Tak, dobrze się domyślacie! Dzięki Masi i Tasiowi! Mieli oni pewne znajomości w ratuszu i takie właśnie zarządzenie wydał ich znajomy, którego dla zachowania tajemnicy nazywali między sobą „Heńkiem”. Zdarzało się niegdyś, że te niezbyt dobrze wychowane czworonogi ujadaniem psuły nastrój wodnej braci. Pojawiały się z zaskoczenia i ośmielały się straszyć stateczne ptasie matrony i ledwo opierzone ptasie maluchy. Ale koniec z tym! Heniek, pamiętając o długu wdzięczności datującym się na jego lata dziecięce, podsunął takie właśnie rozwiązanie, przywołując kolejne argumenty forsował ten pomysł, skutecznie zjednał stronników i... udało się!
Wdzięczne ptaki urządziły Masi i Tasiowi wielką fetę. Na wysepce było bardzo gwarno, podziękowaniom i wiwatom nie było końca. Bardzo miło się żyło zatem nad zalewem. Dorośli i maluchy zachwycali się wodnym ptactwem, a ptaki przyjmowały te hołdy w sposób naturalny i z wielkim zrozumieniem, wszak to oczywiste, że są wyjątkowe, piękne, fascynujące.
Masia i Taś, a także najstarszy łabędź Bodek wspominali jak to niegdyś nieletni i letni nawet ludzie przynosili chleb – trzeba było wówczas wyznaczać dyżury: ptaki na zmianę podpływały do brzegu i nieco zjadały, trochę kręciły się pozorując nieumiejętność złapania rzucanych kawałków. Jako że ptasie bractwo było dość liczne, to kolejka nie wypadała zbyt często, bo wiadomo – słony chleb niezbyt ptakom służy. Wprawdzie małe dietetyczne odstępstwo to nie zbrodnia - ale wiadomo... Wy też nie jedzcie batoników codziennie, to mimo wszystko za często! Na szczęście coraz więcej osób przynosiło w ramach dokarmiania gotowane warzywa, kasze i rozmaite płatki.
Wygadany kaczor Lutek powiadał, że choć się papugi oskarża zarzutami o naśladownictwo, to i ludzie lubią mieć to co inni, podpatrują swoje zachowanie i potrafią się czegoś nauczyć, nawet ci bardziej wiekowi. Dzięki temu i dyżury poszły w niepamięć, i wdzięczność dla ludzi wzrosła.
Wiosna była w pełni, całe zalewowe ptactwo pławiło się w wodzie i rozkosznych chwilach, gdy coś zaniepokoiło Aniela, który tego dnia patrolował brzegi akwenu.
„Tak wiele osób w garniturach? Jakieś plany, papiery? A co to za zgromadzenie rozgestykulowane?” - Aniel czym prędzej popłynął w stronę wysepki, gdzie ptaki zażywały sjesty. A jako że dostarczyciel nowiny był uważany za rozsądnego i statecznego ptaka, uznano, że istotnie dzieje się coś niepokojącego. Naprędce zorganizowano zebranie i ustalono dalsze kroki. Trzeba było wywiedzieć się, co planowali ludzie.
A kto mógł lepiej i szybciej wyjaśnić tę kwestię niż ich niezawodny Heniek? Eskadra sześciu kaczek wzbiła się w powietrze i skierowała na północny wschód. Minęła chwila i już siedziały na parapecie gabinetu swego przyjaciela. Taś zastukał dziobem w szybę. Heniek poderwał się, jak oparzony rzucił w stronę okna, które gwałtownie otworzył. Przybił piątkę z Tasiem, który nie zwlekając wyłuszczył swoje pytanie.
- Co do stu tysięcy wodnych ślimaków się dzieje? Czemu takie zbiegowisko ugarniturowanych zawitało nad nasz zalew!?
Heniek zasępił się, z przyzwyczajenie zaczął obgryzać paznokcie, ale Masia trzepnęła go skrzydłem po ręce i zwróciła mu uwagę:
- Nie przystoi takie zachowanie i uroku ci nie dodaje!
Zaczerwieniony Heniek pokiwał głową i wydukał:
- Macie racje, ale sprawa jest trudna... Niedługo zostanie spuszczona woda z zalewu – wykrztusił i zakaszlał.
Litek zatoczył się i omal nie spadł z parapetu, na szczęście najbliżej stojący Miel go przytrzymał. Ptaki popatrzyły na siebie z niedowierzaniem, a Taś zatrzepotał skrzydłami i spytał raz jeszcze:
- Że co ma się tu wydarzyć? Naszą wodę chcą nam zabrać? Z naszego zalewu?
- Tak... - lakoniczna odpowiedź ledwie była słyszalna.
- Jak możesz na to pozwolić?! - wrzasnął Taś. - Gdzie my się podziejemy?!
To pytanie zatrwożyło wszystkich – skoro ich niekoronowany wprawdzie władca pyta o to, ich sytuacja była nie do pozazdroszczenia.
- Może na Kaczym Dołku? - nieśmiało zaproponował Heniek.
- Przepraszam cię bardzo, druhu, ale czy to sobie żarty stroisz?! - oburzyła się Masia.
A Taś dodał:
- Przecież to mały stawek! Ty chyba nie zdajesz sobie sprawy, jak liczna jest nasza społeczność!
- Kaczy Dołek to niewątpliwie urokliwy zakątek, na poły dziki, ale z drugiej strony – jest przecież otoczony prawdziwą infrastrukturą – chodniki, siłownia pod chmurką, plac zabaw, no i mnóstwo bloków wokół!
Heniek zasępił się, zapadła cisza, którą nagle przerwało pukanie do drzwi. Widać ktoś miał niecierpiącą zwłoki sprawę, bo chwilę po alarmującym dźwięku, nie czekając na odpowiedź, drzwi się otworzyły i ze stertą dokumentów wpadła stateczna pani w nobliwym żakiecie, pantoflach na słupku i grubych okularach na nosie. Przeciąg sprawił, że papiery z jej rąk wyleciały i zawirowały po pokoju, zatem rzuciła się, by je zbierać.
Zmieszany urzędnik zdążył zeskoczył z parapetu, na którym przysiadł. Nerwowo otrzepał dłonie i wydukał:
- Pani Hania, co za niespodzianka, a ja tu właśnie ptaszki karmię, przyleciały niebożęta i proszą o okruszki.
Przybyła spojrzała znad okularów i skrzywiła się sceptycznie:
- Kaczki przyleciały w maju po okruszki?
- A no nie, co ja mówię, po marchewkę przyleciały – Heniek brnął w zaparte zamykając okno.
Kaczki zresztą już były w drodze nad zalew i nie tracąc ani chwili, w locie rozpoczęły spór o to, co dalej ptasia brać powinna robić.
Głosy były podzielone – niektórzy wybierali się od czasu do czasu w odwiedziny do znajomych, zatem zachęcali do przeniesienia się w inne strony. Cypek polecał Olecko:
- To nie tak znowu daleko, a do tego tak bardziej światowo, poznamy się z innymi ptakami, nawet mandarynki tam spotkać można!
Ale Medard przestrzegał:
- Słuchajcie, tam obok plac zabaw, skatepark, barów kilka, byłem, widziałem...
- U nas też skatepark jest!
- Ale dalej niż u nich!
- A u nas Hala OSiR, siatkarze to też nie szachiści!
- Jednak co oswojone hałasy, to oswojone, a ja nawet tę siatkę lubię, jak tu grają na boisku to z przyjemnością popatrzę, zresztą mecze nie co dzień rozgrywają, nie ma co dramatyzować.
- Zostajemy!
- Ja się nie ruszam stąd!
- Ja też!
- I ja! I ja!
Zakrzyczano zwolenników przeprowadzki, choć nie przekreślono całkowicie tego pomysłu, tylko te najlepsze lokalizacje były nieco za daleko, a i patriotyzm lokalny wziął górę – trzeba było przedsięwziąć coś innego. Jeden z łabędzi – Wilczuś – nazywany tak od wilczego apetytu, z którego słynął, podsunął plan skonsultowania się z krasnalem Sikorkiem, który jako opiekun ptaków pewnie coś mógłby w tej materii doradzić.
I znów – tym razem wieczorem - eskadra kaczek skierowała się na północny wschód, tyle że odrobinę dalej, do znajdującego się obok ratusza parku. Nieczęsto tu widywano takie ptaki, bo jeśli chodzi o wodę, to była tu jedna fontanna tryskająca w zmiennym rytmie, ale na tyle energiczne, że raczej odstraszała niż zachęcała upierzone bractwo. Sikorek wysłuchał relacji zdenerwowanych przybyszy, oparł się na swojej lasce, milczał... Po chwili wykrzyknął:
- Wiem! Ludzie uwielbiają kwity, dokumenty, formularze, wszystko muszą mieć potwierdzone na piśmie i to w paru egzemplarzach. A jak taki papier zginie, to... - krasnoludek zawiesił głos, a ptaki spojrzały po sobie. W ich głowach już kiełkował plan!
Jak zwykle nieodzowna okazała się pomoc Heńka, ale by go zbytnio nie angażować i za bardzo nie narażać, miał on jedynie zostawić otwarte okno na korytarzu. By nie wzbudzać podejrzeń i nie prowokować nikogo do zamknięcia go, zostawił tylko szparkę, dzięki której kiedy już zapadła noc do wnętrza budynku wniknęły jak duchy cztery kaczki.
Chętnych było o wiele więcej, ale Taś stwierdził, że w takiej grupie lepiej się porozumieć i cztery kaczki nie zwrócą niczyjej uwagi, a pięć to już za wiele. Plan był prosty: lądowanie na parapecie, brawurowe sforsowanie okna (któryś młodszy kaczorek zauważył, że nie będzie to chyba takie spektakularne przedsięwzięcie, skoro okno jest otwarte, ale spiorunowany wzrokiem przez Tasia schował się gdzieś wśród sitowia), a potem... - „Zobaczy się!” - stwierdzili spiskowcy, bo dalsze kroki rysowały się mgliście. Trzeba było znaleźć odpowiednie dokumenty i je unicestwić. „Jakoś to będzie! Życzcie nam powodzenia” - kwaknął Taś i cztery kaczki wzbiły się w powietrze i odleciały.
Pierwsza część planu przebiegła gładko: kaczki sfrunęły z parapetu i szeregiem przemknęły w głąb korytarza. Heniek wielkodusznie podpowiedział, że ich celem jest gabinet numer 231. Drzwi udało się otworzyć bez problemu, ale w środku spiskowcy znaleźli metalową szafę zamkniętą na klucz...
- Sprawdźcie szuflady! Może tam coś jest! - zadysponował Taś.
W biurku rzeczywiście była jakaś teczka. Kaczki otworzyły ją i zaczęły na wyścigi zjadać kartki w niej się znajdujące. Papier nie smakował zbyt wykwintnie, prawdę mówiąc był wstrętny, zatem już kończąc drugą Taś miał niewyraźną minę i zarządził odwrót.
- Na pewno już te właściwe dokumenty zjedliśmy, wracamy! - wyszeptał.
Powrót, choć triumfalny, był nieco zabarwiony niesmakiem po zjedzonym papierze. Ale dumne kaczki nadrabiały miną – wszak udało im się uratować przyszłość ich zalewu!
Bardzo szybko zaplanowały kolejną wizytę u Heńka. Obyła się ona – dla niepoznaki – trzy dni po odważnej akcji. Dłużej kaczki czekać nie dały rady. Powitano się serdecznie, ale kurtuazyjne pytania szybko urwały się i padła najważniejsza kwestia:
- Udało się nam?! - spytał Taś.
- Tak, w tym roku jesteście bezpieczni – Heniek nie miał serca wyjaśnić ptasim przyjaciołom, że pozbawiły koleżankę przepisów na bezglutenowe ciasta, bo takie właśnie zapiski trzymała w teczce w szufladzie biurka. A akcję oczyszczania zalewu przełożono na przyszły rok, bo posiadane zezwolenia były niewystarczające na spuszczenie całej wody, a jedynie na obniżenie jej poziomu. - Ale trzeba pomyśleć o przyszłości. Rozważcie przenosiny do Olecka, na czas jakiś oczywiście. Powiem wam, że tam jest naprawdę pięknie, dużo zacisznych zatoczek, nowe znajomości, obiecuję często do was przyjeżdżać...
- Dobrze, dobrze, musimy to rozważyć i przedyskutować w naszym gronie – Taś nie zamierzał dopuścić do sytuacji, by ktoś odebrał mu decydujący głos. Skoro Heniek tak zachęca, to warto to rozważyć, a na razie czekało ich piękne, gorące lato nad ukochanym Zalewem Arkadia!
Autorzy pracy:

Rodzina Otłowskich:
Katarzyna (tekst)
Malwina, lat 6 (ilsutracja nr 7)
Melania, lat 8 (rysunek nr 6)
Wojciech (fotografia)









SPONSORZY NAGRÓD


PATRONI



KOMENTARZE


KATALOGI
 
Projekty
PROMUJEMY


WSPÓŁPRACUJEMY

Copyright by Biblioteczka Malucha 2010-2017, Kontakt: redakcja@biblioteczkamalucha.pl
Korzystamy z ciasteczek w przyjaznych zamiarach, poznaj naszą politykę prywatności.