Subskrybuj nasz newsletter
Opowieści z całej Polski 2016: O dziczku,czapli i strzelbach w lesie
Zapadła noc. Wokół było przyjemnie ciemno, na niebo wypłynęły gwiazdy i księżyc, który rzucał na trawy i gałązki leśnych krzewów jasny blask. A one rzucały cienie. Wszystko było podwójne i posrebrzane.
Rodzina dzików wyszła z legowiska, w którym skrywała się za dnia. Teraz, pod osłoną nocy jak pod ciepłym czarnym parasolem będzie można pofiglować trochę.
Najmniejszy i niezbyt pękaty dzik już chciał poskakać ze swoimi braćmi i siostrami i poszukać ryjkiem leśnych skarbów pod poszyciem. Ale nie! Pomyślał, że jeszcze najpierw musi się napić mleka od swojej mamy. No, musi. Doskoczył szybko do brzucha ogromnej mamy-Lochy, a w ślad za nim poszła i reszta maluchów.
Teraz leżą na mchu, a jak dobrze wytężyć ucho usłyszeć można ciche chrząkanie – oznakę dzikiego szczęścia…
Koniec! Teraz na łąkę! Szybciutko! Ale fajnie, ale miło!
Z mamą i ciotkami, z kuzynami i kuzynkami przyjemnie pięciu małym puszystym warchlakom buchtować na łące.
Ale co to? Cicho! cicho…Słychać z oddali ujadanie psów i odgłos wielu ciężkich kroków. Dorosłe dziki w stadzie czujnie strzygą uszami. Tak! Słychać coraz wyraźniej. Trzeba uciekać. Jak najszybciej. Z powrotem w las. Zaczęło się p o l o w a n i e . To źli ludzie ze strzelbami weszli do srebrnego domu lasów i łąk.
Grozi nam śmiertelne niebezpieczeństwo! Uciekajmy!
I całe stado nagle rozpierzchło się w różne strony. Chodziło o to, żeby uciekać jak najszybciej w kierunku zgodnym z różą wiatrów niebieskich, którą każde zwierzę nosi w sobie od chwili, kiedy rodzi się w leśnym runie, a wróżka rysuje mu ją w sercu.
Szybciej, szybciej! Uciekajcie jak najdalej od złych ludzi ze strzelbami. Mama-Locha biegnie ze swoimi młodymi, które jeszcze małe – spowalniają bieg. Czy uda im się? Czy zdążą umknąć strasznym myśliwym?
O! Rzeka! Szybciej. Szybciej. Przez płyciznę dostać się na druga stronę. Locha pokazuje dzieciom, którędy najbezpieczniej przekroczyć bród. Nareszcie. Przepłynęły. Ciężko oddychają.
Ale… zaraz, zaraz. Gdzie się podział najmniejszy, lżejszy od pozostałych kochany synek? Mama liczy pospiesznie: jeden, dwa, trzy, cztery. Jeszcze raz, jeden, dwa… Pomyłka, od początku: jeden, dwa, trzy, cztery. Nie ma! Nie ma mojego Warchlaka! Został z tamtej strony. Sam nie pokona rzeki!
Hau, hau, pif!, paf! Słychać straszne odgłosy z lasu.
Mama Locha płacze ukryta z dziećmi wśród nadrzecznych traw.
One są już bezpieczne. Przywarły płasko do ziemi, która je ustrzeże. A on? Najmniejszy z nich?
Mama Locha płacze, bo nie wie, że w tym czasie, kiedy malec odłączył się od swojego stada i naprawdę nie wiedział w którą stronę uciekać i trząsł się ze strachu a psy ujadały, a źli ludzie, idąc łamali z trzaskiem gałęzie – zjawiła się nagle nad małym Srebrna Opiekunka – czapla siwa, która nieopodal rzeki miała swoje gniazdo.
Jak dobrze, że Dzik był taki malutki, mniejszy znacznie od swojego rodzeństwa, lżejszy od pozostałych, niewyrośnięty, mało pękaty. Inaczej jak by go chwyciła w swój długi, ostry dziób i dźwignęła pod niebo? Bo ona… tak, tak, złapała go tymczasem między dwie szable swojego długiego dzioba i frruuu powoli uniosła się w górę razem z Warchlakiem. Jej skrzydła załopotały majestatycznie, kiedy wzbijali się w powietrze, a malec machał krótkimi nóżkami i ze zdziwienia nie ważył się nawet chrząknąć.
A skąd ta czapla wiedziała, co robić?
I skąd wiedziała, o czym marzył Warchlak?
Srebrna Opiekunka dobrze rozumiała, że najlepiej być z tymi, których się kocha.
Dlatego uratowała dzika. Zaniosła małego na drugą stronę rzeki i bardzo zmęczona (bowiem nieczęsto się zdarza, aby smukły ptak szybował z pękatym ssakiem ponad koronami drzew) odleciała, zostawiając go na środku łąki. A łąka otuliła go szumiącymi trawami tak, że gdybyście przechodzili teraz blisko, bardzo bliziutko niego, nie odróżnilibyście brązowego futerka od suchych źdźbeł.
Odgłosy polowania oddalały się za horyzont.
Tymczasem słońce wychylało się pomału, zerkając znad kreski oddzielającej łąkę od nieba, kiedy Warchlak okropnie zmęczony, ale już uspokojony… zasnął po prostu na miękkiej trawie. Zaczynał się złoty dzień. Na łąkach noce bywają srebrne, a dnie złote za sprawą kul zawieszonych wysoko na niebie.
Słoneczne promienie dość długo grzały już puszystą sierść małego dzika, kiedy obudził się nagle i zerwał z głośnym krzykiem-kwikiem, wołając o pomoc. Zaczął biec przed siebie w poszukiwaniu mamy i rodzeństwa.
I wtedy właśnie przebiegł nam drogę.
Troje ludzi: mama, tata i córka oraz mała ruda Figa spacerujący sobie spokojnie po łące w rześki niedzielny poranek w jednej chwili utkwili wzrok w pasiatej dzikiej śwince. Ich światy spotkały się na tej drodze.
Jak ten warchlak szybko biegł! Dzikim sprintem, czyli drobiąc kroczki przebiegł ścieżkę, znikając w zaroślach.
A tam czekała już na niego najbliższa rodzina. Stęskniona mama-Locha położyła się na boku, a jej dzieci zmęczone po strasznej nocy wtuliły się w nią mocno, tworząc niewielkie brązowo pręgowane kłębowisko. Wszystkim miarowo biły serca.
Pozostali członkowie stada pomału schodzili się w jedno miejsce.
Zapadali w sen, w którym nie było żadnych złych myśliwych.
To wszystko wydarzyło się w Łanach na Śląsku w 2016 roku.
Autorzy pracy:
Agnieszka Grzywaczewska-Kurpierz, Tomasz Kurpierz Ilustracje: Aniela Kurpierz (lat 6)








SPONSORZY NAGRÓD


PATRONI



KOMENTARZE


KATALOGI
 
Projekty
PROMUJEMY


WSPÓŁPRACUJEMY

Copyright by Biblioteczka Malucha 2010-2017, Kontakt: redakcja@biblioteczkamalucha.pl
Korzystamy z ciasteczek w przyjaznych zamiarach, poznaj naszą politykę prywatności.