Subskrybuj nasz newsletter
Opowieści z całej Polski 2016: Latawiec i Krzyś
Przy ulicy Słowackiego, niedaleko naszego domu, stoi blok. Szary, zwykły, czteropiętrowy blok. Ani wysoki, ani niski.
Na samej górze mieszka chłopiec o imieniu Krzyś. Ma pięć lat. Chodzi z nami do przedszkola. Nie jest to jednak zwyczajny kolega: miły, wesoły, ciekawy świat. Oj, nie!
Krzyś to złośliwe, zadziorne, niesympatyczne dziecko. („Krnąbrne” jak by powiedziała nasza babcia, która zna dużo ładnych i mądrych słów). Wciąż ucieka mamie na spacerze, chociaż wie, że powinien chodzić za rękę. W przedszkolu zabiera dzieciom zabawki, a przecież pani mówi, że tak nie wolno. Podczas zajęć hałasuje i przeszkadza na rożne sposoby.
A najgorzej to zachowuje się na placu zabaw: wpycha się przed inne dzieci na zjeżdżalnie, zajmuje huśtawkę na bardzo długo, mimo że inni czekają, bo też chcą się pobujać. Gdy trzeba wracać do domu, urządza sceny, płacze, a jego mama musi się wstydzić.
Nic więc dziwnego, że Krzysia nikt nie lubi. Wszyscy boją się tego awanturnika, unikają go i schodzą mu z drogi. Najczęściej jest sam. A smutna prawda jest taka, że chłopiec nie ma przyjaciół.
Historia, którą chcemy Wam opowiedzieć wydarzyła się naprawdę. Chociaż pewnie trudno będzie Wam w to uwierzyć.
No to zaczynamy.
Pewnego wrześniowego dnia Krzyś znów był na placu zabaw sam. Siedział znudzony na ławce i nic nie robił. A ponieważ nicnierobienie bywa bardzo męczące, położył się wreszcie pod drzewem. Zamierzał z ukrycia obserwować okolicę. Gdyby na podwórko przyszedł jakiś maluch, mógłby go wystraszyć głośnym „buuu!” albo na przykład wyrwać mu wiaderko czy chociaż łopatkę.
Ale nikt nie przychodził.
Krzyś już – już miał iść do płotu sąsiedniej posesji, żeby podrażnić psa, ale nagle coś kolorowego poruszyło się między gałęziami. Wstał zaintrygowany, zmrużył oczy, żeby lepiej dojrzeć kształt (to chyba był deltoid, o którym uczył się niedawno na zajęciach, tylko nie był pewien, bo jak zwykle nie uważał), po czym szybko je przetarł ze zdziwienia.
Okazało się bowiem, że w koronę drzewa wplątał się... latawiec. Prawdziwy, najprawdziwszy latawiec. Barwny, duży, szeleszczący, z fan-ta-stycz-nym ogonem.
Wprost idealny do zabawy!
Krzyś mógłby go na przykład zatopić w kałuży z błotem i przygnieść wielkim kamieniem, żeby nie wypłynął. Albo zakopać głęboko w piaskownicy. A może pociąć na wiele kawałków nożyczkami skradzionymi babci w miniony piątek? Czy podpalić zapałkami, które zawsze nosił na wszelki wypadek w kieszeni? Albo wytarzać w trawie, aż cały się zrobi zielony?
Jednym słowem: ZNISZCZYĆ.
Chłopiec wdrapał się na drzewo, jak tylko mógł najwyżej, zaparł się solidnie nogami na grubej gałęzi, sięgnął ręką sznura, chwycił mocno i...
I zupełnie nieoczekiwanie uniósł się w górę!
Najpierw tylko odrobinę. Później nieco wyżej. Po chwili był już całkiem wysoko. Okazało się bowiem, że latawiec nie był wcale uszkodzony. Miał się dobrze i tylko czekał na kogoś zainteresowanego podniebnymi podróżami wśród chmur.
Chybotanie latawca między gałęziami, które tak zaciekawiło Krzysia i które on sam wziął za przypadkowe ruchy, okazało się pełnymi niecierpliwości wygibasami latawca, bardzo bardzo chcącego już ruszyć w drogę. Po prostu podskakiwał podekscytowany, niemogąc doczekać się pasażera.
Wystarczyło tylko, żeby chłopiec dotknął barwnego ogona, a latawiec ruszył w nieznane. Krzyś nie zdążył nawet zapiąć pasów, a pojazd już oddalał się od zielonej korony drzewa, która z każdą chwilą wydawała się coraz mniejsza, aż wreszcie stała się prawie niewidoczna.
To wszystko było tak niewiarygodne i tak niezwykłe, i tak przeczące wszelkim prawom fizyki, że Krzyś myślał, że śni. No bo jak to tak? Złapać się latawca i pofrunąć?
Ale Krzyś rzeczywiście leciał. Na początku trochę trzęsło, ale gdy powiał mocniejszy wiatr, latawiec wyrównał lot i przyspieszył. Słychać było tylko delikatny szum mijanego powietrza. Czasem czuć było zapach wypalanych (o zgrozo!) przez rolników traw.
Chłopiec nie mógł się zdecydować: czy bardziej się boi czy cieszy tą niesamowita przygodą?
Z jednej strony rzeczywiście był przerażony, bo pierwszy raz w życiu stracił grunt pod nogami. Chciał krzyczeć i zamykać oczy ze strachu. Jednak z drugiej strony Myślenice z góry wydawały się tak piękne, że szkoda było nie patrzeć na te niezwykłe widoki.
górowała nad miastem strzelista wieża kościoła. Jeszcze dalej zobaczył wąski, kręty potok z wartko płynąca wodą i z dużą ilością głodnych kaczek, które łapczywie chwytały rzucany im chleb.
Nagle latawiec przyspieszył. Krzyś jednak już się nie bał. Nie straszna mu była ani szybkość, ani wysokość. (W końcu to podróż w nieznane, więc nic dziwnego, że nie jest całkiem bezpieczna i wygodna.)
Krzyś w skupieniu próbował sterować latawcem. I nawet nieźle mu szło. Latawiec był bowiem niezwykle zwinnym pojazdem, a do tego przyjaznym, więc współpraca układała się pomyślnie.
Krzyś i latawiec zgodnie przemierzali kolejne metry. Zupełnie jakby latawiec czytał w myślach chłopca. Raz unosił się w górę, raz łagodnie zniżał, a trasa wiła się między wierzchołkami najwyższych drzew, ponad czerwonymi dachówkami.
Wreszcie ujrzeli w oddali niebieską wstęgę rzeki Raby. Latawiec miękko wylądował. Widać robił to już wiele razy i miał spore doświadczenie. Krzyś gładko wstał z trawy i z zainteresowaniem rozejrzał się po okolicy.
Był w parku. W pobliżu kładki wiszącej nad Rabą przy Starym Jazie. Alejką właśnie przechodził kolega z przedszkola – Rysiu. Szedł z babcią grzecznie z rękę.
Podekscytowany Krzyś pobiegł, żeby opowiedzieć mu o przygodzie z latawcem. Nierozważnie jednak zostawił pojazd na trawie. Z roztargnienia go nawet nie przywiązał do drzewa. A ten pozostawiony bez opieki poszybował w kierunku Ukleiny. (Pewnie słyszał, że czerwony szlak turystyczny jest malowniczy.)
Po chwili znikł na horyzoncie i tyle go Krzyś widział. Nic nie wskazywało, że latawiec wróci po chłopca. Krzyś został sam: bez latawca, bez mamy, bez taty, nawet bez telefonu... Bez żadnego wsparcia!
Jedyną deską ratunku był... spacerujący po parku Rysiu.
I jego babcia. Z tym że Krzyś nie był pewny, czy może na staruszkę liczyć. Podejrzewał, że babcia Rysia wcale nie będzie chciała mu pomóc, jeżeli się dowie, że to właśnie Krzyś jest chłopcem, który dokucza Rysiowi w przedszkolu najbardziej, zabiera resoraki, popycha, złośliwie chowa klocki, a raz to mu nawet rozlał kakao na spodnie (i do dziś się nie przynał).
Ze spuszczoną głową, bardzo niechętnie podszedł w ich kierunku. Pominął milczeniem plamę na spodniach, skupił się tym, że jest tu sam, bardzo się boi i nie wie, którędy ma pójść, żeby wrócić do domu.
Na szczęście Rysiu nie okazał się pamiętliwym kolegą, a babcię cechowały: wyrozumiałość, wrażliwość na cudzą krzywdę, opiekuńczość. Mimo wszystkich złych uczynków Krzysia nie chowali do niego urazy. Pomogli mu szczęśliwie wrócić do domu prosto w objęcia stęsknionej mamy. Wcześniej jeszcze poczęstowali go herbatą z termosu z sokiem malinowym domowej roboty i kanapką z dżemem truskawkowym, pachnącym i słodziutkim.
Okazane Krzysiowie dobro (na które – sam o tym świetnie wiedział – WCALE nie zasłużył) sprawiło, że zrozumiał, jak dobrze mieć przyjaciół, którzy pomogą w trudnej sytuacji. Obiecał sobie, że poprawi się: będzie uprzejmy, koleżeński, wrażliwy.
Następne dni i tygodnie pokazały, że co prawda nie zawsze umiał dotrzymać danego słowa, ale i tak rodzina, panie z przedszkola, koleżanki i koledzy nieraz patrzyli ze zdziwieniem, widząc jak Krzyś sprząta za sobą zabawki, aktywnie uczestniczy w zajęciach i wcale nie używa brzydkich słów.
A latawiec? Latawiec spotkał zapewne jeszcze wielu chłopców (i wiele dziewczynek), których życie odmienił, ale to już całkiem inna opowieść.
Autorzy pracy:
Autor: Emilia Adamów
Ilustracje:
Lidia Adamów (lat 6) – rys. 1, 4, 5, 6;
Kajetan Adamów (lat 4) – rys. 2;
Florian Adamów (lat 4) – rys. 3.








SPONSORZY NAGRÓD


PATRONI



KOMENTARZE


KATALOGI
 
Projekty
PROMUJEMY


WSPÓŁPRACUJEMY

Copyright by Biblioteczka Malucha 2010-2017, Kontakt: redakcja@biblioteczkamalucha.pl
Korzystamy z ciasteczek w przyjaznych zamiarach, poznaj naszą politykę prywatności.