Subskrybuj nasz newsletter
Opowieści z całej Polski 2016: Ferajna z Plewk


Ferajna z Plewk
Półkolonie u siostry Aureli i kolnie z księdzem Wojtkiem były super, ale szybko się skończyły. Dzieciaki z Plewk dosłownie nie wiedziały, co ze sobą począć. Zosia miała dość niańczenia młodszych braci i siedzenia na huśtawce przed domem. Postanowiła coś wymyśleć. Tylko co? Jeszcze nie wiedziała, bo co ciekawego można robić na takiej wsi? Chmurnie rzuciła wzrokiem dookoła i westchnęła pod nosem.
-Tu nic nie ma. Inni mają góry, morze, a ja co? Niiiiic- zapłakała.
- Porzeczki, aronie, zboże – nagle odpowiedział jej dziadek siedzący na żelaznej ławce przy płocie.- Też masz powód żeby ryczeć. Każe ci kto krowy paść? -Spojrzał z politowaniem na wnuczkę.
-Dziadek nic nie rozumie. Teraz są inne czasy. - rzuciła Zosia wycierając nos w rękaw.
Nagle na podwórko zawitała koleżanka Zosi Ala.
-Cześć Zośka!
-A gdzie dzień dobry ?-krzyknął dziadek machając w stronę dziewczynki karadziadem.
-Dzień dobry, dzień dobry, proszę się nie gniewać -wesoło skinęła głową Ala.
Dziadek Zosi poczęstował dziewczynki landrynkami i poszedł karmić króliki.
Dziewczynki natomiast chwilę pokręciły się po obejściu i poleciały wzdłuż asfaltowej drogi w stronę wiejskiej świetlicy. Przy zabytkowym krzyżu z wyrytą datą 1904 r. Zośka zatrzymała się jak zwykle, by zrobić znak krzyża, a Ala rozejrzawszy się, czy nic nie jedzie, pocięła przez drogę trzęsąc rudą czupryną.
Po paru minutach oczom dzieci ukazała się stara świetlica, szara i brzydka. W czasach świetności pełniła funkcję Gminnego Domu kultury. Było w niej przedszkole, świetlica, sklep, odbywały się wesela i zabawy. Ale to dawne czasy. Dziś jedynie w jednym pomieszczeniu odnowionym przez mieszkańców wsi dzieci mogą spotykać się, grać w tenisa, czy piłkarzyki. Reszta budynku praktycznie nie nadaje się do użytku. Na rozległym terenie znajduje się nieduży kolorowy plac zabaw oraz boisko do gry w nogę i siatkę. To jedyne oznaki życia tego miejsca.
Na porozbijanych, betonowych schodach świetlicy na Zośkę i Alę czekało dwóch chłopaków – kolegów ze szkolnej ławki. Po chwili do całej paczki dołączył Trufel. Piesek zaznaczył tu i ówdzie teren i zniknął dzieciom z oczu.
Paweł i Antek znali wieś jak własną kieszeń; nie u jednej sąsiadki placki jedli i nie u jednego sąsiada kompot pili. Zawsze mieli głupie pomysły, ale dziewczynkom za bardzo to nie przeszkadzało, w dodatku tego lata zdarzył się cud. Nie wiadomo kto pierwszy rzucił hasło. Fakt- faktem, że ta oto czwórka przyjaciół wypowiedziała wojnę nudzie i założyła grupę działania pod nazwą ,, Ferajna z Plewk’’. Ich plan był prosty- działać, działać i jeszcze raz działać.

Na rampie
Każdego dnia dzieciaki spotykały się na rampie zlewni mleka i wyznaczały sobie zadania.
Zlewnia była dobrym miejscem obserwacyjnym. Tu np. spisywano rejestracje samochodów jadących za szybko w stronę Ciechanowca lub do wsi. Miejscowym piratom członkowie ferajny podrzucali wypisane własnoręcznie zawiadomienia o przestępstwie do żółtych skrzynek pocztowych przed posesjami.
Paweł miał dobre okulary i super pamięć, Ala super szybką rękę, cała reszta licznik w oczach, więc zeszyt z listą kierowców zapełnił się błyskawicznie. Trufel natomiast był mistrzem szybkiej reakcji, gorsza sprawa, że zawsze gonił tych jadących prawidłowo. Niezły też był ubaw z dostarczaniem ostrzeżeń. Pewnego razu Antek mało się nie posikał ze strachu, gdy właśnie miał wrzucić kartkę, a sąsiad ruszył firanką w oknie. Zresztą wszyscy wieli gdzie pieprz rośnie z wielkim piskiem, a Zośka to tak gnała, że aż kolano rozbiła o banie w rowie. Takie to oto były ofiarne początki działalności ,, Ferajny z Plewk.’’
Ważne, że wszyscy zaczęli wolniej jeździć, nawet wujek Edek zdjął nogę z gazu. A to już prawdziwy sukces .

Obchód wioski
Przed obiadem łobuziaki robiły obchód wioski. Skubiąc pestki szły wyboistym fragmentem chodnika wzdłuż drogi. Mijały salę ,, Galę’’ i dochodziły do jednostki wojskowej. Po tygodniu ciekawskich wędrówek wartownicy w bramie jednostki spoglądali z nieufnością w stronę owej czwórki. Dzieci lubiły przyglądać się kręcącym radarom wojskowym, maszynom i ludziom w mundurach. Trufel natomiast jak to Trufel tylko czekał, by dostać się za ogrodzenie i obsikać zieloną trawkę i krzaczki. Nie umiał przecież czytać, więc napis WSTĘP WZBRONIONY go nie dotyczył. Droga powrotna była jeszcze bardziej wymagająca. Skrót wiódł mokrym polem wujka Zosi. Bywało, że na ich widok wujek trąbił wesoło ze swojego czerwonego traktora. Kiedy w końcu docierali na asfalt Ala biadoliła, że jest zmęczona, a Zośka, że chce jej się pić. Parę razy dzieci miały szczęście natrafić na wracający sklep obwoźny i znajoma Pani sprzedawczyni dała im picie na krechę. Zresztą w tej wsi wszyscy się dobrze znali, albo byli ze sobą po rodzinie, więc o pomocną dłoń w potrzebie nie było trudno.

Akcja krzyż
Poniedziałek okrzyknięto dniem dobrych uczynków. Paweł wymyślił akcję sprzątania krzyża. Apel dotyczył krzyża, stojącego częściowo w lesie, przy zjeździe z ruchliwej drogi z Wysokiego Mazowieckiego do Plewk. Nie prezentował się on tak dostojnie jak ten we wsi, wrośnięty w naturę wołał o litość.
-Ten krzyż wygląda, jakby wszyscy o nim zapomnieli. Jak by był niczyj. Wystarczy wziąć motykę, worki na śmieci i… - zaczął Paweł
-Ten jak coś wymyśli, to aż plecy bolą-rzucił nerwowo Antek, trzymając się za głowę.
- Czemu plecy? –zdziwiły się dziewczyny. Ale Antek roześmiał się pokazując zdrowe białe zęby i nic nie odpowiedział. Sprawa była jasna wieczorem. Po robocie wszystkich bolały plecy, ale trud się opłacił, krzyż wyglądał pięknie. Cała ściana krzaków od lasu została wyrwana i zielsko przy krzyżu już nie oplatało ogrodzenia. Pani Gradowska zachwycona postawą dzieciaków kupiła im po lodzie i dała nowe wstążki do krzyża, pomogła je też zaczepić wysoko na górze. Dzieciaki spędziły pracowicie dzień, a kolacja u pani Gradowskiej smakowała jak nigdy.
- Chołojec z kartoflami – to jest to- westchnął Paweł siorbiąc z łyżki mleko.

Skrzynki
Odpoczynkowego nie było. Już następnego popołudnia ,,Ferajnie z Plewk’’ trafiła się fucha. Trzeba było poustawiać skrzynki na porzeczki u taty Zośki. Skrzynki były lekkie, czerwony, chłodny kompot, który przyniosła gospodyni pyszny, więc z wykonaniem zadania nikt się nie ociągał. O 17-tej zapodano dzieciakom zapiekanki z serem prosto z pieca. Ich zapach rozszedł się po całym podwórzu. Narobił smaku nawet dla Trufla, który z pobudzonym nosem rzucił rozkopywanie kretowisk za stodołą i przyleciał jak strzała. Niestety dzieci nie zostawiły mu nawet okruszka. Szarpał Pawła za nogawkę jak głupi, na próżno.
Antek oblizał się ze smakiem kończąc ostatnią zapiekankę –w takich warunkach to można pracować… - pochwalił gospodarza. Na co tata Zosi ruszył charakterystycznie brwiami i zażartował.
-Może na zięcia się szykujesz?
Na te słowa Antka twarz rozpromieniła się rumieńcem.
-Tato… -zestrofowała ojca Zośka.
-No co, no co?- ofuknął się tata, a Zośka zawstydzona schowała się za rzędem skrzynek i wyszła dopiero, gdy usłyszała głos braci. Krzyś i Zdziś zaczęli zdrowo rozrabiać w wózku. Ich małe kolorowe buciki kręciły się jak na karuzeli. Mama Zośki musiała ich uwolnić z pasków i wypuścić na podwórko. Zdzisiek w ogóle nie boi się psów. Za to Trufel boi się bardzo małych dzieci. Kiedyś nieomal nie został uduszony przez jednego smyka, więc nikogo nie zdziwiło, że na widok dwóch dwuletnich, piszczących chłopców Trufel podkulił ogon i dał nogę. Zosia złapała Zdziśka na ręce i ucałowała.
- Choć pójdziemy do króliczków- szepnęła. Krzyś z mamą podążyli za nimi.

Piknik i mecz
Za zarobione pieniądze przy układaniu skrzynek ,,Ferajna z Plewk” urządziła sobie piknik pod świetlicą. Dziewczyny rozłożyły koce na trawie, a na nich wszystkie zakupione łakocie. Chłopaki objedli się jak bąki, nawet Truflowi coś skapnęło. Dziewczyny robiły wianki z mleczy i śpiewały przeróżne piosenki. Było bardzo miło. Po godzinie dołączyły do nich dzieci z Włost Olszanka. Grzesiek przyniósł piłkę do siatkówki i krzyknął zamiast zwykłego cześć.
-Kto jest w mojej drużynie? Był o rok starszy od reszty i dobrze grał, wiec każdy chciał być po jego stronie siatki.
Grzesiek zwerbował sobie Pawła, Zośkę, Mirka , Kaśkę i Antka. Ala, Baśka, Wojtek , Heniek i Piotrek zostali w drużynie Janka. Maluchy i Hela kibicowali im z rozbitych schodów, a sędzią został ojciec maleństw Pan Radek. Gra toczyła się nerwowo, no bo jak to zwykle bywa u dziesięciolatków i młodszych dzieci, chęci są, a umiejętności nie bardzo. Nie obyło się bez kłótni i przepychanek. Piłka rzadko przelatywała przez siatkę, a jak już przeleciała, to trzeba było za nią daleko biegać.
-Z wami nie da się grać-stwierdził Grzesiek i zabrał piłkę. Nie będę latał za piłką jak pies. Nagle ni z gruszki ni z pietruszki pojawił się Trufel jakby usłyszał, że o nim mowa. Podskokiem wybił Grześkowi piłkę z rąk.
-Już on lepiej gra niż wy-zażartował Grzesiek i poszedł do domu zabierając ze sobą swoich znajomych.- Do zobaczenia jutro-krzyknął na odchodne.

Super pomysł
W pewien deszczowy dzień dzieci zrezygnowały z codziennego obchodu wsi. Nie był to też czas na zaplanowaną wcześniej wyprawę rowerową do wiatraka. Dla zabicia nudy spotkały się w świetlicy, by opracować jakiś awaryjny plan działania.
-No co dzisiaj robimy? -zapytały gotowe do pracy dziewczyny.
-Możemy pograć w tenisa -rzucił od niechcenia Paweł.
-A tam tenis. Nie pytałam o to. Jakie zadanie mamy na dziś, to mnie interesuje. Bo jeśli nic nie macie, to ja proponuję sprzątanie sali weselnej i przygotowanie przedstawienia na starej scenie -ciągnęła myśl Zośka.
-To jest jakiś pomysł-powiedział Paweł mrużąc swoje małe czarne oczka.
-Jakiś pomysł? -powtórzyła za nim Zośka.-To nie jest jakiś pomysł. To jest super pomysł. Wyobraźcie sobie tylko pełną salę i nas na scenie.
-Wszędzie przykleimy plakaty o przedstawieniu-rozwinęła temat Ala.
-Ja napiszę scenariusz-nakręcił się Antek.
W sprzątaniu sali pomagały dzieci z Włost Olszanka.
-I kto powiedział, że w czasie deszczu dzieci się nudzą? -skwitował sytuację Grzesiek machając kijem obleczonym w czarną pajęczynę.
-Gdzie twoja alergia na kurz się podziała? -zapytała Zosię Ala ciągnąc szmatą po brudnym parapecie.
- Jest ze mną cały czas, nie widzisz jak z nosa mi się leje. Zaraz zacznę kichać.
-To może sobie odpuść Zośka , bo jeszcze nam się rozchorujesz. Idź z Antkiem pisać scenariusz, większy będzie z tego pożytek.-radziła Zośce zmartwiona Ala. Dobrze przecież wiedziała, że Zosia ma astmę, a z nią nie ma żartów.

Sztuka
W środę sala lśniła i pachniała. Mama Ali z ciocią Grześka umyły okna i zawiesiły uprane uprzednio firanki, inne mamy miały upiec ciasto na premierę. Ciekawie również zapowiadało się samo przedstawienie. Czym się dzieciaki inspirowały? Trudno powiedzieć. Może bały się szczepionek, a może chciały wesprzeć akcję zwalczania chorób zakaźnych, czy też zwyczajnie naoglądały się filmów kostiumowych. W każdym razie, Paweł miał być małym księciem, który bał się zastrzyków i nie chciał się zaczepić przeciwko śwince. Ala miała grać zatroskaną mamę księcia. Antek miał się wcielić w rolę nadwornego medyka mówiącego po łacinie, a Zośka żeby było śmieszniej miała grać panoszący się wirus świnki. Reszta dzieci miała role nadwornych sług, błaznów, księżniczek i plebsu. Grzesiek natomiast chciał być samym królem, dzierżyć berło i w ogóle być na pierwszym planie, a tego scenariusz nie przewidywał.
-Król nie jest najważniejszy? To głupie. Szkoda mojego czasu - zbuntował się Grzesiek.
Spokojnie Grzechu. Jak chcesz możesz być księciem i będziesz mówił o wiele więcej niż król- uspokajał go Antek
- To głupie być księciem jak można być królem. Nie podejdziecie mnie tak łatwo. Po prostu napiszcie dla mnie większą rolę- rozkazał Grzesiek Zośce i Antkowi.
-Ale...ale – wybąkała Zośka.
- Jakie znowu ale? Pisz!
Zośka wzięła kartkę z nadąsaną miną, a Grzesiek zaczął jej dyktować, sypiąc rymem jak z rękawa.
-Witam wszystkich mych poddanych. Tu w sobotni dzień zebranych. Mam koronę a wy nie, zatem róbcie co ja chcę.
Grześka monolog trwał i trwał. Poddani mieli nie tylko dla niego klaskać, ale i podskakiwać, tańczyć, machać rękami i nogami, a nawet śpiewać na życzenie.
-Gdy berłem machnę jeden raz, to na piosenkę przyszedł czas. Pierwszy rząd staje i dla mnie śpiewa jak króla kocha… Nie wiem co dalej, bo rymu nie mam- spuścił powietrze Grzesiek.
-I co? To może się będziemy trzymać naszego scenariusza, a wysokiej mości podziękujemy-podsumowała sytuację Zośka.
-Nie będę królem niemową. Nie i już- usiadł obrażony Grzesiek i zaczął stukać kijem od berła w podłogę. Stuk, puk, stuk, puk.
-Dobra –powiedział Paweł -dołożymy twój monolog i co tam chcesz. W sumie całkiem fajnie kombinujesz. Rym jakiś znajdziemy. Będzie wesoło.
- A jak nie? Ja tam na przykład nie umiem tak wymyślać na poczekaniu. Przez te kombinacje i przeróbki nie zdążymy zrobić normalnej próby- z rezygnacją w głosie odezwała się Zośka.
-Przećwiczmy to co mamy. Gadkę króla zbuduje się w międzyczasie. Najwyżej poprosimy sąsiadkę o pomoc. Pani Ania na pewno nie odmówi. Przecież lubi pisać różne rymowanki dla dzieci- uspokoił sytuację Paweł - Jak będzie trzeba to zagadam z nią słówko przez płot.
- No, to jest myśl.- przytaknęły dzieci i zabrały się z uśmiechem do roboty.
Po chwili, za kurtyną w wielkim zgiełku i chaosie zaczęli tłoczyć się aktorzy. Na deskach stanęła Ala jako królowa matka, ubrana w starą peruczkę i długą suknię spiętą na dekolcie szkaradną agrafką. Machała francuskimi rękawami i krzyczała prawie mdlejąc.
- Ferency, Ferency!
-Tak miłościwa Pani. Służę pomocą- odezwał się nieśmiało, dziecięcym głosem sługa w długim babcinym surducie, czyli Radek z Włost, ośmiolatek o ładnych rysach i szczupłej posturze.
-Podaj mi kalendarz.
-Już służę Miłościwa Pani, króloowo… gwiazdo…
-Przestań paplać !!!Marsz po kalendarz i to natychmiast- rozkazała królowa.
Radek ukłonił się nisko ciągnąc połami surduta po deskach i znikł.
-Muszę … muszę coś sprawdzić.- mówiła sama do siebie królowa.
Reszta ekipy piała ze śmiechu.
Na scenie pojawiła się służka, czyli mała Ulka z Plewk. Dygnęła nerwowo przed królową trzymając się za biały fartuszek.
- Podpowiadajcie mi bo nie wiem co powiedzieć –wyszeptała rzucając brązowymi oczami po sali, po czym zażenowana zasłoniła usta pulchniutką dłonią i uciekła za kurtynę.
- Syzyta!!- królowa poczęła przywoływać służkę. Jej przerysowany, donośny głos wywoływał kolejną salwę śmiechu, nawet Trufel postawił uszy i wesoło zaszczekał.
-Syzyta!- powtórzyła.
Ale Ulka powiedziała, że już nie wyjdzie. Cała Ferajna obiecywała jej gruszki na wierzbie byle by tylko odważyła się znów wystąpić. No bo czego się nie robi dla ratowania sztuki na wsi.
A czy sztuka będzie dobra? Okaże się w sobotę. Ważne, że dziś nikt nie płacze, że w Plewkach jest nudno.
Autorzy pracy:
Czartoszewscy
ilustracje:
Kamila (uczennica klasy IV) - specjalistka w wymyślaniu postaci, zapalona ilustratorka,
Joanna (uczennica klasy V) - specjalistka w cieniowianiu kredkami.








SPONSORZY NAGRÓD


PATRONI



KOMENTARZE


KATALOGI
 
Projekty
PROMUJEMY


WSPÓŁPRACUJEMY

Copyright by Biblioteczka Malucha 2010-2017, Kontakt: redakcja@biblioteczkamalucha.pl
Korzystamy z ciasteczek w przyjaznych zamiarach, poznaj naszą politykę prywatności.